Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąski/przystawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąski/przystawki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 marca 2016

Wielkanocna terrina z jajkiem na twardo

Święta to czas, kiedy cała rodzina spotyka się przy stole i wszyscy chcą zjeść coś dobrego. Jednak zwykle oznacza to dla jednej osoby cały dzień lub nawet dni spędzone w kuchni. Można jednak niewielkim nakładem pracy podać naprawdę wspaniałe dania. Dzisiejszy przepis na terrinę i jutrzejszy na mazurek takie właśnie są! Przy tym obydwa są bardzo efektowne i na stole zapewniają efekt wow ;) Dodatkowo to wciąż wielkanocne jajka i mazurek, ale odświeżone i podane w bardziej nowoczesnej formie. Przecież nie zawsze musi być wciąż tak samo i nie zawsze zmiana musi oznaczać odejście od tradycji. Dziś zapraszam na propozycję raczej śniadaniową, bardzo smaczną i do wykorzystania nie tylko na Wielkanoc ;)

Terrina z jajkiem i warzywami oraz drobiową wędliną

porcja na keksówkę o wymiarach ok. 9x17 cm


Potrzebujemy:
  • kilka plastrów drobiowej wędliny
  • 400 g gładkiego twarożku rzodkiewkowego
  • 150 ml płynnej śmietanki 12 lub 18%
  • 2 łyżki (16 g) żelatyny
  • 100 g zielonego groszku (z puszki lub mrożony)
  • 100 g kukurydzy (z puszki lub mrożona)
  • 100 g świeżej papryki
  • pół pęczka natki pietruszki
  • 4 jajka ugotowane na twardo
  • przyprawy: sól, pieprz (by podkręcić smak, polecam dodanie sporej szczypty płatków chili)
  • sałata, ogórek, rzodkiewka do dekoracji (lub inne świeże warzywa)


Terrinę przygotowujemy dzień przed podaniem. Formę wykładamy folią spożywczą, a plastry wędliny układamy na dnie i bokach tak, by lekko na siebie zachodziły. Śmietankę podgrzewamy i gorącą zalewamy żelatynę. Odstawiamy na chwilę, a następnie mieszamy do całkowitego rozpuszczenia. Paprykę kroimy w drobną kostkę, natkę pietruszki siekamy, groszek i kukurydzę odcedzamy z zalewy. W sporej misce łączymy serek z warzywami i natką, doprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy żelatynę rozpuszczoną w śmietance i dokładnie mieszamy (można mikserem). Do przygotowanej wcześniej formy nakładamy 1/3 masy serowej. Ugotowane, ostudzone, obrane jajka układamy wzdłuż przez środek keksówki (w linii) i wykładamy na nie resztę serka z warzywami. (Jeśli plastry wędliny wystają ponad twarożek, zawijamy je do środka.) Wystającymi brzegami folii owijamy terrinę i wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia odwijamy folię, przykrywamy wierzch foremki półmiskiem i odwracamy do góry nogami. Następnie zdejmujemy folię i dekorujemy świeżymi warzywami. Terrinę podajemy z kromkami świeżego pieczywa, pokrojoną w grube plastry. Będzie wspaniała zarówno na wielkanocne, jak i zwyczajne, niedzielne śniadanie ;)

Trochę wiosny na talerzu, czyli świąteczna terrina z jajkiem na twardo!
Smakuje pysznie owinięta w wędlinę, ale polecam również wersję z wędzonym łososiem :)

Smacznego!

niedziela, 29 marca 2015

Owsiane batoniki na przekąskę

Każdemu z nas potrzebny jest czasami solidny zastrzyk energii. Na drugie śniadanie, na podwieczorek, przed treningiem, po treningu lub kiedy zwyczajnie mamy ochotę na przekąskę. Mnie zwykle ciągnie wtedy do słodyczy, a jak wiadomo cukier to zło. Haha ;) No dobra, żarty na bok! Biały cukier przecież naprawdę nikomu nie służy. Wiem, że w tej chwili trąci to hipokryzją, bo na blogu słodkości jest całe mnóstwo, jednak przyznam szczerze, że na co dzień rzadko raczę się torcikami i innymi łakociami. Od święta owszem, ale jednak nie za często. Staram się odżywiać zdrowo i z głową, nie odmawiając sobie przy tym odrobiny słodyczy i... Wychodzi to chyba całkiem nieźle. Zazwyczaj ;) Gdy ostatnio po pracy dopadła mnie ochota na coś dobrego na ząb, zajrzałam do lodówki, do szafek i zrobiłam batoniki. Owsiane, bez mąki, bez dodatku tłuszczu i białego cukru (w zasadzie można pominąć nawet ten brązowy). Na dodatek także bez jajek i w ogóle nabiału, a więc wegańskie :D Do tego łatwo można je zamienić w bezglutenowe, używając takich właśnie płatków. No po prostu cud, miód i malina!

Owsiane batoniki bananowe

przepis na ok. 12 niewielkich batoników



Potrzebujemy:
  • 300 g bananów (waga po obraniu)
  • 150 g suszonych owoców - ja użyłam 100 g domowej skórki pomarańczowej i 50 g suszonej żurawiny
  • 100 g pestek - u mnie pół na pół dynia ze słonecznikiem
  • 120 g płatków owsianych (dałam górskie)
  • 20 g brązowego cukru trzcinowego demerara (opcjonalnie)

Piekarnik nagrzewamy do 190 stopni Celsjusza. Suszone owoce kroimy na nieduże kawałki. Banany obieramy i rozgniatamy widelcem, a purée przekładamy do sporej miski. Do bananów dodajemy pokrojone owoce, pestki, płatki owsiane i cukier (jeśli go używamy) i dokładnie mieszamy. Formę wykładamy papierem do pieczenia i wypełniamy przygotowaną mieszanką. Wyrównujemy powierzchnię, porządnie dociskając. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy ok. 30-35 min., aż wierzch dość mocno się zrumieni. Kroimy od razu po wyjęciu z piekarnika. (Można to zrobić nawet w trakcie pieczenia. Po ok. 20 min. wyjmujemy formę, kroimy podpieczoną masę na odpowiednie kształty, a później dopiekamy jeszcze 10-15 min.) Po upieczeniu odstawiamy na ok. 5-10 min., a po tym czasie wyjmujemy z formy, przekładamy na kratkę i całkowicie studzimy. Gotowe :)


Batoniki po upieczeniu będą miękkie w środku i nieco twardsze z wierzchu. Jeśli chcemy, by pozostały miękkie, przechowujemy je w lodówce, w zamkniętym pojemniku. Trzeba jednak pamiętać, że będą wtedy dość lepkie. Jeśli chcemy tego uniknąć, po ostudzeniu przekładamy je do pojemnika bez przykrycia i również chowamy do lodówki. Tak przechowywane batoniki będą trochę obsychały, co w tym wypadku wcale nie zaszkodzi ;)

Smacznego!

niedziela, 11 stycznia 2015

Łosoś à la MasterChef

Święta, święta i po świętach... Co ja mówię, już niemal połowa stycznia! Czas płynie tak szybko, jakby ktoś wcisnął przewijanie, a ja? Ja mam ochotę wcisnąć stop. Już kiedyś podobnie pisałam, wiem, ale teraz czuję, że tracę nad tym kontrolę. Wszystko dlatego, że zbliża się mój (i mojego narzeczonego ;)) wielki dzień. Termin w kościele zarezerwowany, sala na przyjęcie również, suknia kupiona, ale wciąż jest tak wiele do zrobienia. Zaczynam się stresować i obawiam się, że przez najbliższe trzy miesiące będę myślała tylko o tym, a co za tym idzie, będę Was zanudzała ślubną tematyką. Mam nadzieję, że mi wybaczycie ;) Jednak nie bójcie się, nie zamierzam zmieniać profilu bloga! To właśnie w kuchni mogę odpocząć od tego całego zamieszania. Na chwilę się zapomnieć i zrelaksować, a uwierzcie mi, momentami bardzo tego potrzebuję. Ślub to przede wszystkim wielkie szczęście i radość, ale wesele... Wesele to przede wszystkim mnóstwo planowania. Dlatego tym bardziej doceniam chwile, kiedy nie muszę myśleć o niczym innym, tylko o tym, co podam na kolację. Zwykle więcej frajdy daje mi improwizacja, jednak oglądając ostatnią edycję MasterChef'a, jeden z przepisów wyjątkowo mi się spodobał i wiedziałam, że muszę go wypróbować. Tym bardziej, że jego autorem jest znakomity Michel Roux. My zachwyciliśmy się tym daniem, więc dziś chciałam się nim podzielić również z Wami.

Łosoś z pieczarkami i koprem włoskim w ziołowym naleśniku i szybkim cieście francuskim

porcja dla 2 głodnych osób - danie obiadowe lub dla 4 - przystawka
(Michela Roux przygotowującego to danie można obejrzeć w tym odcinku)


Potrzebujemy:
  • ok. 500-600 g łososia (filet - w dwóch równych kawałkach)
  • 100 g bulwy kopru włoskiego
  • 100 g pieczarek
  • 50 g masła
  • 2 łyżki płynnej śmietanki (najlepiej 30-36%)
  • olej do smażenia (słonecznikowy lub z pestek winogron)
  • mąka do obtoczenia ryby (1 czubata łyżka powinna wystarczyć)
  • sok z 1/4 cytryny
  • 1 jajko
  • sól i pieprz

Dodatkowo (na ciasto):
  • 250 g mąki pszennej + trochę do podsypania
  • 250 g bardzo zimnego masła
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 ml bardzo zimnej wody

Oraz (na naleśniki):
  • 30 g mąki
  • 75 ml mleka
  • 1 jajko
  • po 1/2 małego pęczka koperku i natki pietruszki (w sumie 7-8 g)
  • sól i pieprz
  • 1 łyżka masła (najlepiej klarowanego)

Koper i pieczarki kroimy w drobną kostkę. Masło (25 g) rozpuszczamy w garnuszku o grubym dnie. Dodajemy koper i podsmażamy ok. 5 min. Następnie dodajemy pieczarki oraz sok z cytryny i smażymy do momentu odparowania wody, którą puściły pieczarki. Dodajemy kremówkę, gotujemy minutę i zdejmujemy z ognia. Doprawiamy solą i pieprzem. Odstawiamy do ostudzenia.

Przygotowujemy ciasto. Mąkę przesiewamy na stolnicę lub blat i tworzymy z niej niewielki kopczyk. Masło kroimy w kostkę i dodajemy je do mąki wraz z solą. Całość siekamy nożem (można też użyć przyrządu do kruchego ciasta), a następnie rozcieramy palcami (masochiści mogą najpierw schłodzić dłonie ;)) Stopniowo dodajemy wodę i szybko zagniatamy. Tworzymy kulę. Posypujemy blat lekko mąką i rozwałkowujemy ciasto na spory prostokąt (ok. 35-40 na 20 cm). Składamy boki do środka tak, aby utworzyły się trzy warstwy, przekręcamy o 90 stopni i znów wałkujemy na prostokąt o takich samych wymiarach. Ponownie składamy ciasto na trzy, przekręcamy i jeszcze raz wałkujemy na taki sam prostokąt. Owijamy ciasto w folię spożywczą i chowamy do lodówki na ok. 20-30 min. (lub na 10-15 min. do zamrażalnika).

W tym czasie przygotowujemy ciasto na naleśniki. Zioła drobno siekamy. Mąkę, połowę mleka i jajko mieszamy rózgą. Dolewamy resztę mleka, przelewamy przez sito i odstawiamy na 10 min. Do przygotowanego ciasta dodajemy zioła i smażymy na maśle dwa duże naleśniki, które przekładamy pergaminem, by się nie skleiły i odstawiamy na bok.

Wracamy do ciasta. Wyjmujemy je z lodówki i teraz czynność wałkowania, składania oraz przekręcania wykonujemy ponownie dwa razy. W sumie czterokrotnie składane i wałkowane ciasto znów odkładamy na 20-30 min. do lodówki.

Filety łososia myjemy i osuszamy papierowym ręcznikiem. Mąkę mieszamy z solą, a następnie obtaczamy w niej rybę. Na patelni rozgrzewamy masło (25 g) i olej (2 łyżki). Smażymy łososia (minutę z jednej strony i trochę krócej z drugiej), odkładamy na kratkę do ostygnięcia.

Na delikatnie posypanym mąką blacie rozwałkowujemy 40% schłodzonego ciasta na prostokąt o wymiarach ok. 30 na 15 cm (wymiary trzeba dopasować do wielkości filetów, musi zostać spory margines), nawijamy na wałek i przenosimy na wyłożoną pergaminem blachę do pieczenia. Na środku ciasta układamy jeden naleśnik, na tym 1/3 kopru i pieczarek, jeden filet z łososia, kolejną 1/3 nadzienia, drugi filet i resztę kopru z pieczarkami. Całość przykrywamy drugim naleśnikiem (brzegi dobrze jest podwinąć pod spód).


Resztę ciasta rozwałkowujemy na prostokąt o wymiarach ok. 35 na 20 cm (musi być odrobinę większy niż ten pierwszy), nawijamy go na wałek, rozwijamy nad rybą i dociskamy brzegi (ciasto musi zakrywać całą rybę wraz z nadzieniem i naleśnikami). Chowamy do lodówki na 20 min.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni Celsjusza. Wyjmujemy schłodzonego łososia. Odcinamy nadmiarowe ciasto wokół nadzienia, wycinając kształt ryby i zostawiając ok. 2-3 cm obramowania dookoła (więcej przy głowie i ogonie jeśli chcemy zachować kształt ryby). Dociskamy brzegi, a całość smarujemy roztrzepanym jajkiem. Ostrym nożem delikatnie nacinamy ciasto tworząc na nim wzór łusek, głowy i ogona. Pieczemy w 200 stopniach przez 10 min., a następnie obniżamy temperaturę do 180 stopni i dopiekamy jeszcze 25 min.


Po upieczeniu delikatnie zsuwamy całość na półmisek. Serwujemy i kroimy po ok. 10 min. od wyjęcia z piekarnika. Podajemy z lampką białego wina.

Smacznego!

PS. Przepis jest pracochłonny, ale tak naprawdę dość prosty. Ciasto można wprawdzie zastąpić gotowym francuskim, ale wierzcie mi na słowo, warto się trochę potrudzić. Ciasto z tego przepisu jest delikatne, ładnie się rozwarstwia i wprost rozpływa się w ustach! Gorąco polecam :)

środa, 31 grudnia 2014

S jak... smakowity sylwester!

Mam nadzieję, że Święta minęły Wam równie spokojnie i radośnie jak mnie ;) Odwiedziliśmy obie nasze rodziny i najedliśmy się chyba na cały przyszły rok (słodkości na pewno!), a wróciliśmy raczej śpiący niż wypoczęci, ale co tam! Święta rządzą się swoimi prawami i kto by wtedy myślał o spaniu? ;) Na szczęście później był wspaniały weekend i wcale tak szybko nie trzeba było wracać na ziemię. Przed powrotem do pracy (na raptem dwa dni) zdążyliśmy jeszcze odpocząć i poleniuchować. A teraz? O, jak dobrze! Teraz znów wolne :D Dopiero w styczniu na dobre wracamy do pracy, więc póki co odpoczywania ciąg dalszy. Bardzo się z tego cieszę. Czuję, że potrzeba mi chwili wytchnienia, a jak już pewnie wiecie, doskonale wypoczywa mi się w kuchni. Oczywiście tylko wtedy, gdy nie robię czegoś niezmiernie skomplikowanego i w związku z tym muszę trzymać się jakiejś przydługiej receptury. Tego raczej nie lubię... Ale, ale! Jeśli chodzi o dzisiejszy przepis, to powstał on właśnie w taki wieczór, kiedy zaszyłam się sama w kuchni, odrzuciłam na bok wszelkie książki, zeszyty, karteluszki i dałam ponieść wyobraźni ;) Powstało wtedy coś pysznego, co idealnie sprawdzi się jako imprezowa przekąska zarówno na ciepło, jak i na zimno. Czy może być coś lepszego w ten ostatni dzień roku?

Drożdżowe babeczki z nadzieniem mięsno-pieczarkowym

składniki na 24 niewielkie babeczki
(użyłam standardowej formy na 12 muffinów)



Do przygotowania ciasta będziemy potrzebować:
  • 550 g mąki pszennej
  • 200 ml mleka
  • 100 g rozpuszczonego i ostudzonego masła min. 82%
  • 3 jajka
  • 50 g drożdży
  • 1 łyżeczkę cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • dodatkowo 1 łyżkę masła do natłuszczenia formy

Do nadzienia:
  • 250 g pieczarek
  • 250 g mielonego mięsa (użyłam drobiowego)
  • 150 g kwaśnej śmietany
  • 100 ml mleka
  • 2 łyżeczki mąki pszennej
  • 1 łyżkę masła
  • sok z 1/4 cytryny
  • przyprawy: sól, biały pieprz, tymianek

Drożdże wkruszamy do miseczki, dodajemy cukier i 100 ml letniego mleka. Dokładnie mieszamy, dosypujemy 4 łyżki mąki (odejmujemy je z tych 550 g z listy składników) i znów mieszamy. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 15 min. Resztę mąki przesiewamy do dużej miski, dodajemy wyrośnięty rozczyn, jajka, pozostałe mleko, masło i sól. Mieszamy łyżką, a później zagniatamy na stolnicy/blacie przez kilka minut, aż ciasto przestanie się lepić i będzie ładnie odchodziło od ręki (raczej nie podsypujemy mąką). Wkładamy je z powrotem do miski, przykrywamy szczelnie folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 1,5-2 godz.

W tym czasie przygotowujemy farsz. Pieczarki kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na rozpuszczonym maśle. Skrapiamy sokiem z cytryny, a kiedy puszczą sok, dodajemy mięso i dokładnie mieszamy, by nie pozostały większe kawałki (zbitki). Smażymy jeszcze ok. 5 min., a następnie dodajemy śmietanę, rozprowadzoną w mleku mąkę i przyprawy. Sos zagotowujemy i jeśli jest zbyt rzadki, chwilę odparowujemy. Jeśli natomiast zgęstnieje za bardzo, dolewamy trochę mleka. Próbujemy i w razie potrzeby doprawiamy. Studzimy.

Metalową formę do muffinów natłuszczamy. Wyrośnięte ciasto wałkujemy na ok. 1 cm grubości (może też być ciut cieniej). Wykrawamy z niego krążki o ok. 9 cm średnicy, którymi wylepiamy zagłębienia na babeczki (nie trzeba dociskać do samego spodu). Każdą miseczkę z ciasta napełniamy po brzegi ostudzonym farszem.

Ready... Steady... Bake!

Pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez ok. 25 min. (babeczki powinny być już wtedy ładnie zrumienione). Wyjmujemy i studzimy. Podajemy na ciepło lub zimno, chociaż moim zdaniem najlepiej smakują takie prosto z piekarnika :)

Smacznego...
...i szczęśliwego Nowego Roku!

PS. Ja formę do muffinów mam niestety tylko jedną, więc babeczki piekłam w dwóch turach. Wcale im to nie zaszkodziło, ale jeśli Wy macie dwie takie same formy, to na pewno będzie łatwiej i szybciej ;)

PPS. Jeśli macie ochotę, przed pieczeniem, babeczki możecie posypać tartym żółtym serem.

PPPS. Warta wypróbowania jest także wersja ze zrumienioną kiełbasą jałowcową zamiast mielonego mięsa.

sobota, 11 stycznia 2014

Domowe wafelki kokosowo-krówkowe

Początkowo wcale nie zamierzałam dodawać tego przepisu, bo wydawał mi się zbyt prosty. Banalny nawet. Poza tym myślałam, że wszyscy już dobrze go znają i każdy robi go po swojemu. Jednak przekonałam się, że wcale tak nie jest. Na moim facebook’owym profilu dodałam zdjęcie tylko jednego wafelka w towarzystwie filiżanki dobrej herbaty i okazało się, że wzbudził zainteresowanie :) Dla mnie to powrót do dzieciństwa i dla wielu z Was pewnie też. Czasami warto sobie takie smaki z dawnych lat przypomnieć. Dlatego, mimo wszystko, przepis postanowiłam zamieścić na blogu. Może Wam posłużyć jako inspiracja, by samemu stworzyć takie domowe smakołyki. Masa do wafelków przyjmie prawie każdy smak, jaki tylko sobie wymyślicie, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja proponuję dwa smaki. Tradycyjną krówkę i masę śmietankową z wiórkami kokosowymi. Wafelki można przygotować przekładając je nadzieniami naprzemiennie, tak jak ja to zrobiłam lub zrobić wafelki w dwóch różnych smakach. Robi się je szybko i przyjemnie. Tak naprawdę, to ich przygotowanie sprawiło mi niezłą frajdę :) No to co? Miłej zabawy!

Domowe wafelki z masą z mleka w proszku i kremem krówkowym
(duuużo wafelków)



Potrzebujemy:
  • opakowanie suchych wafli (moje nazywały się „andruty” i było ich dokładnie 25 g)
  • 200 g bardzo miękkiego masła + 200 g masła o dowolnej temperaturze
  • puszka masy krówkowej/kajmakowej lub ugotowanego słodzonego mleka zagęszczonego – ok. 500 g (ja użyłam naturalnej masy krówkowej Gostynia, ale można poeksperymentować z różnymi smakami)
  • ½ szklanki mleka
  • ½ szklanki cukru (lub więcej, jeśli ktoś lubi bardzo słodkie)
  • 3 szklanki mleka w proszku (ja użyłam granulowanego odtłuszczonego, bo tylko takie dostałam, ale nie miałam z nim żadnych problemów)
  • 2 szklanki wiórków kokosowych

Dodatkowo:
  • jeśli wafli nie kupiliśmy w tzw. „sreberku”, to będziemy również potrzebować spory kawałek folii aluminiowej do owinięcia całości

200 g miękkiego masła miksujemy na puch, a następnie, ciągle miksując, po 1-2 łyżki dodajemy masę krówkową/kajmakową. Gotowy krem krówkowy odstawiamy w chłodne miejsce.

Pozostałe masło wraz z mlekiem i cukrem umieszczamy w sporym rondelku i rozpuszczamy. Nie gotujemy, a czekamy tylko, aż całość będzie płynna. Do wciąż ciepłego, ale nie gorącego płynu dodajemy po szklance granulowane mleko i wiórki kokosowe. Dokładnie mieszamy i zostawiamy do lekkiego przestudzenia.

Pierwszy wafel smarujemy ostudzoną (może być lekko ciepła, bo inaczej zgęstnieje za bardzo, ale nie bardzo gorąca, bo wafle wtedy bardzo zmiękną) masą kokosową, przykrywamy następnym i smarujemy krówką. Kolejny wafel układamy na płaskiej powierzchni, smarujemy masą kokosową i dopiero układamy na kremie krówkowym. Jeśli będziemy chcieli rozsmarować masę kokosową na już ułożonym na pozostałych waflu, to krówka będzie się wyciskać (ten krem przed włożeniem schłodzeniem jest zbyt miękki i delikatny, dopiero w lodówce twardnieje). Odwrotnie nie ma takiego problemu. Postępujemy tak do momentu, kiedy zostanie nam ostatni wafel, którego oczywiście już nie smarujemy.

Całość owijamy w folię aluminiową i chowamy do lodówki co najmniej na 2 godz. Ja zwykle chłodzę wafle całą noc. Dobrze jest też całość obciążyć. Zwykle kładę wafle na jednej desce, przykrywam drugą i kładę na niej na płasko 2 litrowe kartony mleka. Dzięki temu wafle dobrze się sklejają i mają ładny kształt. Na koniec kroimy całość ostrym nożem na mniejsze porcje. Np. w prostokąciki, kwadraty lub trójkąty. Przechowujemy w lodówce przez kilka dni (myślę, że maksymalnie do tygodnia, ale tyle raczej nie wytrzymają), najlepiej przykryte, bo inaczej mogą trochę obsychać.

Pyszne wafelki, choinka w tle, dobra herbatka
i można leniuchować :) Mamy przecież weekend :D

PS. Niby prosty przepis, ale było, tyle rzeczy, o których po prostu musiałam wspomnieć, że zrobił się z tego całkiem długi wpis. Mimo to zachęcam do wypróbowania przepisu, ponieważ nie stwarza on większych problemów, a wafelków wychodzi naprawdę sporo i to bardzo smacznych :) Może nie są najzdrowsze (tak, tak, cukier, masło, krówka, po prostu bomba kaloryczna), ale przynajmniej wiemy, czym nasze wafle przekładamy. Kupne tej zalety już nie mają. Poza tym to doskonała propozycja na imprezę zarówno dla starszych, jak i młodszych gości. Dużo na raz nie da się ich zjeść, bo są naprawdę sycące, ale to raczej kolejna ich zaleta :)

Polecam serdecznie!

niedziela, 2 czerwca 2013

2w1 czyli pizza pieróg

Ja i P. uwielbiamy pizzę. Obydwoje jesteśmy także wielkimi miłośnikami pierogów. Wczorajszy Dzień Dziecka świętowaliśmy więc z udziałem pysznej, domowej i pełnoziarnistej calzone :) Może to nic odkrywczego, ale ja robiłam ją w domu po raz pierwszy. Trochę martwiłam się o to, czy wyjdzie i jak będzie smakowała, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Pizzowe pierogi wyszły dość ładne i zgrabne, a do tego sycące. Wydawało mi się, że po dwa na pewno damy radę zjeść, ale już po jednym byliśmy najedzeni. Na szczęście nie mam tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu dziś również mogliśmy delektować się smacznym obiadkiem, a jutro zabierzemy po jednym pierogu do pracy. Natomiast jeśli chodzi o samo ciasto, to postanowiłam trochę poeksperymentować. Sporo ostatnio o tym czytałam i zamiast zrobić moje tradycyjne ciasto na pizzę, nieco je zmodyfikowałam. Mianowicie dodałam do niego jajko i pominęłam mleko (zamiast niego użyłam po prostu więcej wody). Efekt? Tak przygotowane ciasto jest bardziej kruche i w moim odczuciu do calzone sprawdza się wręcz rewelacyjnie :) Jeszcze jedną innowacją, było dla mnie użycie drożdży instant. Zawsze używałam świeżych, jednak tym razem zapomniałam o nich na zakupach i gdy już myślałam, że nici z planowanego obiadu, znalazłam w szufladzie te sproszkowane. Ciasto wyrosło na nich, a później upiekło się bardzo ładnie, zupełnie tak samo, jak to na świeżych. Jedyną różnicą, którą zauważyłam był brak intensywnego drożdżowego zapachu. Gotowa pizza nie ma również charakterystycznego, drożdżowego posmaku. Niektórzy tego nie lubią i wtedy będzie to na pewno plus. Mnie ten zapach i smak nie przeszkadza, a nawet go lubię. Muszę jednak przyznać, że drożdże instant nie zawiodły i na pewno do nich wrócę. Podsumowując, calzone wyszła przepyszna. W prawdzie jest to nieco bardziej pracochłonna wersja pizzy, ale godna polecenia. Zobaczcie sami.

Pełnoziarnista calzone z kiełbasą

przepis na 8 sporych pierogów



Będziemy potrzebować:
  • 2,5 szkl. pełnoziarnistej mąki pszennej
  • 1,5 szkl. mąki pszennej
  • 1 jajo
  • 1 szkl. ciepłej wody
  • 6 łyżek oliwy lub oleju + trochę do posmarowania miski i gotowych pierogów
  • 8 g drożdży instant

Dodatkowo:
  • 200 g koncentratu pomidorowego
  • ok. 150-200 g tartego żółtego sera
  • mały pęczek natki pietruszki
  • 1 niewielką paprykę
  • garść oliwek
  • 2 garści krojonego ananasa z puszki
  • sporą laskę kiełbasy
  • przyprawy: sól, pieprz, 1 łyżeczkę cukru

Wszystkie składniki na ciasto umieszczamy w sporej misce, mieszamy drewnianą łyżką, a po chwili wyciągamy masę na blat/stolnicę i zagniatamy elastyczne ciasto. Miskę delikatnie natłuszczamy, przekładamy do niej ciasto, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce. Czekamy aż co najmniej podwoi lub potroi swoją objętość. W tym czasie przygotowujemy składniki do nadzienia i sos. Natkę pietruszki siekamy drobno i łączymy z koncentratem oraz 3-4 łyżkami wody. Dodajemy pieprz, sól i cukier, mieszamy. Paprykę kroimy w kostkę, oliwki w plasterki. Jeśli ananasa mamy w plastrach, to kroimy go na mniejsze części. Kiełbasę kroimy w półplasterki lub kostkę i podsmażamy na patelni do zrumienienia. Gdy ciasto wyrośnie, dzielimy je na 8 równych części. Każdą rozwałkowujemy w owal o grubości ok. 5 mm. Połowę każdego owalu smarujemy sosem (zostawiając ok. 1 cm brzegu) oraz posypujemy serem. Na ser nakładamy wybrane dodatki (ja zrobiłam calzone w dwóch wersjach: kiełbasa, papryka, oliwki i kiełbasa, papryka, ananas) i dokładnie zlepiamy brzegi (tak samo jak w przypadku zwykłych pierogów). Powstały brzeg możemy jeszcze zawinąć do środka lub zrobić z niego falbankę. Jak kto lubi, jak kto umie. Myślę, że mnie, jak na pierwszy raz, wyszło to całkiem nieźle (miejscami tylko przedziurawiłam ciasto paznokciami, ale to akurat nie wpłynęło na smak dania ;)). Tak przygotowane pierogi można jeszcze posmarować delikatnie oliwą (lub rozmąconym jajkiem). Calzone pieczemy do zrumienienia, czyli 20-25 min. w 200 stopniach. Podajemy same, z ulubionymi sosami lub keczupem.



Wygląda apetycznie, prawda? ;)

Smacznego!

PS. Mała rada dla tych, którzy calzone będą robić po raz pierwszy. Rozwałkowany placek na pieróg dobrze jest ułożyć sobie od razu na papierze do pieczenia. Gdy już nałożymy na niego wszystkie składniki i zlepimy, może być nam ciężko go przenieść. Nasze calzone podczas przenoszenia na pewno stracą ładny kształt lub, co gorsza, mogą się nawet rozpaść, a tego przecież nie chcemy ;)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Lekka sałatka z miodowym dressingiem

Przyszła wiosna, a z nią ochota na świeże warzywa i owoce. Dlatego moje urodzinowe menu po prostu musiało składać się między innymi z sałatki. Tego dnia stanowiła doskonały dodatek do delikatnego mięska i pieczonych ziemniaczków, jednak dzień później świetnie sprawdziła się jako lunch do pracy. Sałatka, którą chcę dzisiaj Wam przedstawić jest bardzo kolorowa i bardzo smaczna, a do tego jest po prostu bombą witaminową. Po długiej i męczącej zimie chyba wszystkim tego brakowało, dlatego z przyjemnością przedstawiam...

Sałatkę z pomarańczami i granatem oraz miodowym dressingiem

duża porcja (jako dodatek obiadowy dla ok. 8 głodnych osób)



Należy przygotować:
  • 100 g rukoli
  • 100 g roszponki
  • 6 niewielkich pomarańczy
  • 2 granaty
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka sosu chili (ja użyłam czarnego sosu Tao-Tao)
  • 4 łyżki oliwy z oliwek (najlepiej typu virgin)
  • ok. 6-8 łyżek wody mineralnej niegazowanej

Rukolę i roszponkę myjemy i zostawiamy do ocieknięcia. Pomarańcze filetujemy, a granaty przekrawamy na ćwiartki i wyciągamy cały miąższ (uważając przy tym, żeby się nie opryskać, ponieważ granaty posiadają bardzo silny barwnik i plamy ciężko sprać). Rukolę, roszponkę, cząstki pomarańczy oraz nasiona granatu umieszczamy w dużej misce i przygotowujemy sos. Wszystkie składniki sosu (miód, sok z cytryny, sos chili, oliwę oraz wodę) umieszczamy w szklance lub najlepiej zakręcanym pojemniczku (np. w słoiku) i dokładnie mieszamy (wstrząsamy słoiczkiem). Sałatkę polewamy dressingiem tuż przed podaniem.


Sałatka ma piękne kolory i świetnie prezentuje się na stole.
W tle możecie zobaczyć do czego ją przygotowałam.
Przepis na to mięsko już wkrótce na blogu.

Miłej niedzieli!

wtorek, 12 lutego 2013

Nieco inne pierogi

Dziś kontynuacja kulinarnych podróży. Tym razem proponuję pierożki, lecz nie nasze tradycyjne. Empanadas, bo to właśnie je mam na myśli, są przyrządzane zarówno w cieplejszej części Europy (głównie chyba w Hiszpanii, stamtąd znam je ja), jak i w Ameryce Południowej. Są bardzo popularne w Argentynie i Chile, gdzie istnieje wiele ich odmian. Mogą być podawane jako przekąska, przystawka lub danie główne. Wyglądem często przypominają nasze pierogi, ale występują także w innych kształtach. Natomiast farsz i ciasto raczej odbiegają od tego, co znamy. Wypełnienie pierożków mogą stanowić same warzywa lub z mięsem czy kiełbasą w sosie pomidorowym. Ciasto bywa francuskie, chlebowe, pierogowe, a także bardzo kruche i delikatne. Podawane są zazwyczaj z różnymi dipami śmietanowymi, jogurtowymi lub z salsą. Stanowią ciekawą odmianę i alternatywę dla polskich pierożków. Zapraszam na przepis.

Empanadas z fasolą i hiszpańską kiełbasą 

+ pikantny dip śmietanowy

duża porcja, na ok. 7-8 osób



Do ciasta należy przygotować:
  • 600 g mąki
  • 50 g masła
  • 50 g smalcu
  • 200 ml białego wina (ja użyłam półwytrawnego)
  • 200 ml wody
  • 2 płaskie łyżeczki soli

Do farszu:
  • 250 g hiszpańskiej surowej kiełbasy, np. chorizo (ja użyła wieprzowej kiełbasy z białym pieprzem)
  • 2 cebule
  • 1 zieloną paprykę
  • 2 małe ząbki czosnku
  • 2 cebulki dymki razem ze szczypiorkiem
  • puszkę czerwonej fasoli (200-250 g)
  • ok. 150 g koncentratu pomidorowego
  • przyprawy: sól, pieprz, słodką mieloną paprykę, chili w proszku
  • olej do smażenia

Do dipu:
  • 200 g kwaśnej śmietany 18% lub gęstego jogurtu naturalnego (np. typu greckiego)
  • 1 cebulkę dymkę ze szczypiorkiem
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżeczki kaparów
  • przyprawy: sól, pieprz, słodką mieloną paprykę, chili w proszku

Dodatkowo:
  • olej do smażenia (może być pół na pół ze smalcem lub nawet sam smalec)
Ciasto najlepiej jest przygotować wcześniej, ponieważ powinno odstać ok. 2 godz. przed wałkowaniem i formowaniem pierożków.

Wodę i wino podgrzewamy w rondelku. Następnie dodajemy masło oraz smalec i ciągle mieszając, czekamy, aż się rozpuszczą. Nie doprowadzamy jednak do wrzenia. Zdejmujemy płyn z ognia i dosypujemy mąkę z solą. Całość mieszamy, ale nie bardzo dokładnie i odstawiamy, aby trochę przestygło. Kiedy już masa nie parzy, przekładamy ją na stolnicę i zagniatamy. Ciasto jest delikatne i bardzo elastyczne, więc po ok. 5 min. jest już gładkie i jednolite. Tak przygotowaną masę formujemy w kulę i z powrotem wkładamy do garnka (jego dno najlepiej podsypać mąką), by odpoczęło.

Teraz możemy zająć się farszem. Cebulę, dymkę, paprykę i kiełbasę kroimy w niewielką kostkę. Czosnek i szczypiorek siekamy. Pieczarki kroimy w półplasterki lub drobniej. Na rozgrzanym oleju smażymy najpierw cebulkę, a gdy się zeszkli dorzucamy pieczarki i paprykę. Po chwili dodajemy również czosnek, dymkę i szczypiorek. Gdy warzywa zmiękną, przekładamy je do miseczki. Ponownie rozgrzewamy olej, tym razem naprawdę odrobinę i smażymy na nim kiełbasę. Kiedy jest już równomiernie usmażona, z powrotem dokładamy warzywa, a także koncentrat pomidorowy. Wszystko doprawiamy solą, pieprzem, słodką papryką i chili. Odstawiamy do ostygnięcia.

Moja pyszna kiełbaska prosto z Hiszpanii :)

Dip możemy przygotować od razu, gdy skończymy przyrządzać farsz. Wtedy smaki lepiej się przegryzą. Kapary, czosnek, dymkę i szczypiorek siekamy bardzo drobno. Dodajemy do śmietany i mieszamy. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem oraz słodką mieloną papryką i chili. Do czasu podania przechowujemy go w lodówce. (Jeśli jednak chcielibyście przygotować go dzień wcześniej, to musicie wiedzieć, że straci on wtedy swoją gęstą konsystencję. Warzywa puszczą sok i dip nieco się rozrzedzi, jednak na smaku nie straci nic a nic. Mimo to myślę, że gęsty lepiej pasuje do pierożków.)

Po upływie min. 1,5 godz. możemy wrócić do ciasta. Dzielimy je na kilka części, bierzemy jedną, a resztę odkładamy na bok i przykrywamy ściereczką, bo dość szybko obsycha. Ciasto wałkujemy dość cienko (tak jak na tradycyjne pierogi) i wycinamy z niego okręgi, np. dużą szklanką. Następnie każdy krążek nieco rozciągamy w bardziej podłużny kształt. Na jego środku układamy porcję farszu (u mnie była to pełna, a nawet kopiasta łyżeczka) i dokładnie sklejamy. Brzegi możemy docisnąć widelcem, bo pierożki lubią się rozklejać. Gotowe smażymy na patelni lub pieczemy w piekarniku (w 220 stopniach Celsjusza przez ok. 20-25 min.) na złoty kolor. Podajemy na ciepło lub na zimno z przygotowanym wcześniej dipem i białym winem.



Życzę Wam równie smacznych kulinarnych eksperymentów!

piątek, 8 lutego 2013

Domowe niby hot-dogi

Na pewno są niebanalne. My mówimy na nie „nasze hot-dogi” i chociaż do tradycyjnych hot-dogów wcale nie jest im tak blisko, ja je uwielbiam. Te „nasze hot-dogi” to nic innego, jak parówki owinięte w naleśnik. Podane na ciepło i z sosami. Pewnie sobie teraz myślicie: „Parówki, bleee”. Jestem przekonana, że sporo osób nasłuchało się o tym, jakie to parówki są niedobre i stara się ich unikać. Ja jednak bardzo je lubię i od czasu do czasu zjadam ze smakiem. Zwracam natomiast dużą uwagę na skład. Ostatnio udało mi się dostać parówki z zawartością 90% mięsa! Niejedna „szynka” mogłaby pozazdrościć składu tym parówkom. Nie kupuję natomiast takich, gdzie zawartość mięsa jest niższa niż 70%. Dlatego nie dajmy się zwariować. Ja z parówek nie zamierzam rezygnować.

Nasze hot-dogi

dla jednej bardzo i jednej trochę mniej głodnej osoby



Będziemy potrzebować:
  • 5 parówek
  • 5 naleśników (tutaj znajdziecie przykładowy przepis)
  • sos czosnkowy
  • keczup
  • pikantny żółty ser w plasterkach (opcjonalnie)
Z ulubionego przepisu smażymy nie bardzo cienkie naleśniki. W tym czasie gotujemy parówki (ewentualnie możemy podgrzać je w mikrofalówce). Po środku naleśnika układamy plasterek żółtego sera, a na nim gorącą parówkę. Polewamy ulubionymi sosami, ale tak by z jednego brzegu zostawić trochę miejsca. Ten wolny brzeg zaginamy, a później całość zwijamy dookoła parówki. Tym sposobem podczas jedzenia „hot-doga” sosy nie będą wyciskały się od spodu, a my unikniemy plam na ubraniu. Sosy można oczywiście przygotować samemu, ale dziś podaję wersję ekspresową. Podajemy na ciepło np. w towarzystwie kiszonych ogóreczków, pomidorów czy innych warzyw. Jeśli do środka włożyliśmy ser, można całość podpiec przez ok. 1 min. w mikrofali, żeby serek się rozpuścił. Mniam. Taki domowy fast-food :)




Smacznego!

wtorek, 8 stycznia 2013

Placuszki z kaszy gryczanej

Miałam nadzieję, że w wolnym czasie uda mi się dodać tutaj parę przepisów, jednak (jak zwykle) przeliczyłam się. Z przyjemnością poddałam się słodkiemu lenistwu. Natomiast teraz, gdy trzeba było wrócić do codzienności, rozchorowałam się i muszę przez kilka dni zostać w domu. Niestety kiepskie samopoczucie nie wpływa zbyt dobrze na moje chęci do kulinarnych szaleństw. Dlatego stawiam na prostotę. Dziś proponuję...


Placuszki z kaszy gryczanej




Do ich wykonania potrzebujemy:
  • 3 woreczki kaszy gryczanej ugotowanej według instrukcji na opakowaniu
  • 1 dużego ziemniaka startego na drobnych oczkach
  • 2 jajka
  • 5 kopiastych łyżek mąki pszennej
  • 1 por posiekany dość drobno, np. w piórka (odrobinę zostawiamy do dekoracji)
  • 1 laska kiełbasy pokrojonej w kostkę i podsmażonej na patelni
  • 20 dag boczku (przygotowanego tak, jak kiełbasa)
  • 2-3 pełne łyżki kwaśnej, gęstej śmietany 18%
  • sól, pieprz
  • olej do smażenia

Wszystkie składniki łączymy dokładnie w sporej misce. Masa musi być dość jednolita, z wyraźnie widoczną kaszą i porem. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy nieduże placuszki z obu stron na ładny, złoto-brązowy kolor. Podajemy z łyżką kwaśnej śmietany i udekorowane zieloną częścią pora.


Wiem, że podobny przepis prezentował Karol Okrasa w kampanii reklamowej Lidla, jednak to chyba nie do końca to samo. Mój wzorowałam na tym, co kiedyś jadłam w sanatorium. Mimo że dostałam wtedy dokładne instrukcje, jak zrobić te placuszki, oczywiście wszystkiego nie zapamiętałam i nie zapisałam. Na szczęście i tak wszystko się udało. To danie sprawiło, że zatęskniłam za cukinią i przyrządzanymi z niej placuszkami. Nie mogę się doczekać, kiedy znów na straganach będzie można dostać letnie warzywa, bo te z marketów jakoś do mnie nie przemawiają. Chciałabym już lato albo chociaż wiosnę. Mam dość szaro-burej pogody, zimna, kataru i zdecydowanie cierpię na niedobór słońca.

Mimo wszystko - miłego dnia!