Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polewy do ciast i ciastek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polewy do ciast i ciastek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 maja 2013

Magiczne ciasto na niepogodę

Za oknem szaro, buro i ponuro. Do tego zimno i jakby coś pokapuje z nieba. W takie dni najlepiej zakopać się pod kocem z cieplutką herbatką i kawałkiem dobrego ciasta, ale takiego, które nie wymaga zbyt dużo naszego zaangażowania. Takiego, które jest proste i szybkie, a efekt końcowy wygląda i smakuje tak, jakbyśmy spędzili pół dnia w kuchni. Niemożliwe? Możliwe :) Przygotowanie ciacha trwa jakieś 10 min., pieczenie trochę dłużej, ale zrobienie polewy to kolejne 10 min. To ciasto to prawdziwa, kulinarna magia. Naprawdę! Ja nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadłam. Przygotowujemy tylko jedną masę, wstawiamy do piekarnika, a wyciągamy trójwarstwowe cudo, składające się z dwóch warstw budyniowych o różnej konsystencji i lekkiego ciasta biszkoptowego na wierzchu. Przepis znalazłam na jakiejś angielskiej stronie (niestety nie zapisałam sobie jej nazwy) i postanowiłam wypróbować przy najbliższej okazji. Okazja trafiła się dość szybko i dziś mogę Wam zaprezentować...

Magiczne ciasto warstwowe

proporcje na tortownicę o średnicy 24 cm



Do ciasta należy przygotować:
  • 100 g dobrej jakości masła
  • 600 ml mleka (lekko ciepłego)
  • 4 jajka (żółtka i białka osobno)
  • 1 szklankę mąki
  • 1/3 szklanki naturalnego kakao
  • 1 i 1/2 szklanki cukru pudru (może być zwykły, ale wtedy miksowanie potrwa trochę dłużej)
  • 1/4 łyżeczki białego octu winnego

Do polewy (mojego pomysłu):
  • 4 czubate łyżki masy krówkowej
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 ml śmietanki kremówki

Masło roztapiamy i zostawiamy do przestygnięcia. Żółtka ucieramy z cukrem na puch. Cały czas miksując, dodajemy masło, a następnie mąkę i kakao. Mleko dodajemy stopniowo, miksując na najniższych obrotach lub mieszając trzepaczką. Masa stanie się płynna, tak ma być. Białka ubijamy z octem na sztywno i po trochu dodajemy do przygotowanej wcześniej masy. Przelewamy do silikonowej formy lub lekko natłuszczonej tradycyjnej blaszki i pieczemy ok. 60 min w 160 stopniach. Po tym czasie sprawdzamy patyczkiem. Nic nie powinno się do niego przykleić, ale może być delikatnie wilgotny. Możemy jeszcze delikatnie przycisnąć palcem środek ciasta, powinno być jędrne i sprężyste, będzie się wydawało trochę galaretowate. Wyjmujemy z piekarnika i pozwalamy całkowicie ostygnąć. (Może się lekko zapaść, ale to nic.) Polewę przygotowujemy dopiero, gdy ciasto jest już ostudzone. W garnku zagotowujemy wodę, umieszczamy nad nią miseczkę i w kąpieli wodnej rozpuszczamy masą krówkową, z połamaną na małe kawałki czekoladą i śmietanką. Mieszamy aż masa stanie się w miarę jednolita, odstawiamy do częściowego ostygnięcia. Wciąż lekko ciepłą polewą ozdabiamy ciasto. Wstawiamy na ok. 2 godz. do lodówki.

Tak przygotowana polewa nigdy do końca nie zastygnie. Pozostanie trochę lepka, ciągnąca i miękka. Ja taką właśnie polewę wymyśliłam do tego ciasta i efekt bardzo mi się spodobał. Taka polewa ma nie tylko karmelowy smak, ale i charakter :) Jeśli jednak chcemy polewę gęściejszą, możemy mleczną czekoladę zastąpić gorzką. Wtedy stanie się ona trochę twardsza i również nie tak słodka. Polecam wypróbowanie obu opcji i wybranie swojej ulubionej. Ja uwielbiam karmel i chyba pozostanę przy tej pierwszej :)


Jeśli wiecie, że Wasz piekarnik grzeje nierówno (np. z przodu słabiej, tak jak mój),
dobrze byłoby obrócić ciasto w połowie pieczenia.
Ja o tym zapomniałam i później musiałam ciasto trochę dłużej dopiekać,
dlatego boki i spód trochę za bardzo się przypiekły.
Mimo to ciasto było pyszne i zostały już tylko dwa małe kawałki ;)

Smacznego!

PS. Na koniec parę słów o masie krówkowej, którą bardzo lubię. Czasami zdarza mi się kupować gotowce jednak najbardziej lubię masę krówkową z ugotowanego słodzonego mleka skondensowanego. Wystarczy puszkę takiego mleka włożyć do garnka, zalać wodą i gotować na małym ogniu przez 3 godz. (Puszka musi być cały czas całkowicie zakryta wodą.) Efekt? Najlepsza masa krówkowa na świecie :) Jeśli takiej masy nie zużyję całej do ciasta, przechowuję ją zawsze w lodówce, przełożoną do słoiczka i zjadam z naleśnikami czy goframi. Pycha :)


sobota, 27 kwietnia 2013

Tort na moje urodzinki :)

Nie tak dawno obchodziłam swoje urodziny i to nie byle jakie, bo stuknęło mi właśnie ćwierć wieku ;) Z tej okazji gościliśmy u nas moją najbliższą rodzinę, dla której postanowiłam przygotować coś wyjątkowego. Co jest najważniejsze w urodziny? Tort oczywiście :) Ostatnio piekłam kilka ciast z kremem i nie mogłam się zdecydować, które wybrać tym razem. Dlatego postawiłam na coś nowego, ale już trochę znanego. Bezy robiłam nie raz i nie dwa, Tort Pawłowej stał się już niemal moją specjalnością. Tym razem zdecydowałam się zrobić prawdziwy tort bezowy. Trzy cienkie, czekoladowe blaty bezowe, krem na bazie prezentowanego ostatnio orange curd i polewa. Mmmm... Na jego wspomnienie aż cieknie mi ślinka ;) Tort wyszedł absolutnie przepyszny i niezwykle efektowny. Chociaż nie wyglądał do końca tak, jak to sobie wyobrażałam, to i tak podbił serca wszystkich biesiadników. Dziś chciałabym Wam zaprezentować...

Tort bezowy z kremem pomarańczowym

porcja dla 8 łasuchów



Do przygotowania blatów bezowych będziemy potrzebować:
  • 6 białek
  • 24 łyżki cukru pudru (chociaż może być również zwykły)
  • 3 łyżeczki soku z cytryny
  • 3 łyżeczki mąki ziemniaczanej
  • 3 łyżki naturalnego kakao
  • 3 małe szczypty soli

Do kremu:
  • 3/4 porcji (5 czubatych łyżek) orange curd np. z tego przepisu
  • 250 ml śmietanki kremówki (30 lub 36%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżkę soku z cytryny
  • 1/2 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
  • cukier puder do smaku (myślę, że nie więcej niż 4 łyżki)
  • 2 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w jak najmniejszej ilości wody (bez niej krem będzie zbyt rzadki)

Do polewy:
  • 100 g mlecznej (lub gorzkiej) czekolady
  • 100 ml śmietanki kremówki

Blaty bezowe można upiec razem (jeśli ma się odpowiednio duży piekarnik i trzy blachy do pieczenia), można też upiec je oddzielnie. Należy wtedy wszystkie składniki podzielić na trzy porcje i masę bezową przygotowywać również trzy razy. Ubite białka należy piec od razu, ponieważ nie za bardzo lubią czekać i mogą spłatać nam psikusa opadając. Tego oczywiście nie chcemy, więc przygotowujemy bezy po kolei.

W misce umieszczamy dwa schłodzone białka i odrobinę soli. Ubijamy, a gdy piana zacznie robić się sztywna, dodajemy stopniowo 8 łyżek cukru. Kiedy piana będzie już bardzo sztywna dodajemy łyżeczkę soku z cytryny, łyżeczkę mąki ziemniaczanej oraz łyżkę kakao. Wykładamy na płaską blachę wyłożoną papierem do pieczenia i formujemy okrąg (Można to sobie ułatwić odrysowując na odwrocie papieru np. głęboki talerz. Wtedy też będziemy mieć pewność, że bezy będą tej samej wielkości.) Pieczemy 45 min. w 150 stopniach. Wszystkie czynności powtarzamy jeszcze dwa razy, a gotowe bezy można przechowywać w temperaturze pokojowej.

Krem to takie trochę pomarańczowe ptasie mleczko. Można go przygotować bez soku pomarańczowego, jedynie z samym orange curd i wtedy nie trzeba dodawać żelatyny. Ja jednak chciałam, aby krem miał jeszcze bardziej pomarańczowy smak i przygotowałam go z podanych powyżej składników. Na noc schowałam go do lodówki i trochę za bardzo zgęstniał, ale smakował wyśmienicie. Jego przygotowanie jest naprawdę proste. Kremówkę i mascarpone umieszczamy w wysokim naczyniu i ubijamy mikserem na najwyższych obrotach. Następnie dodajemy 5 czubatych łyżek orange curd, sok z cytryny i cukier. Tak jak już wspominałam możemy na tym poprzestać i takim kremem przełożyć bezy, a możemy dodać jeszcze sok z pomarańczy i rozpuszczoną żelatynę. Wtedy musimy na jakiś czas (do zgęstnienia) wstawić masę do lodówki i dopiero wtedy składać tort.

Na sam koniec przygotowujemy polewę. Żaroodporną miskę umieszczamy na garnku z gotującą się wodą, a w niej połamaną na kawałki czekoladę i kremówkę. Rozpuszczamy, a gdy uzyskamy już gładką, jednolitą konsystencję, zestawiamy z ognia. Gotową polewę odstawiamy, a gdy ostygnie, jest już gotowa do użytku.

Na paterze czy talerzu układamy pierwszą bezę i wykładamy na nią połowę kremu. Przykrywamy drugą bezą, wykładamy resztę kremy, a na wierzchu umieszczamy trzeci blat bezowy. Całość dekorujemy polewą czekoladową. Torcik można polać także odrobiną podgrzanego orange curd. Ma on to do siebie, że w lodówce lubi zgęstnieć, a przechowuje się go przecież w lodówce. Wystarczy wtedy umieścić go razem ze słoiczkiem na ok. 10 sek. w mikrofali i dodatkowo polać nim tort. Podajemy od razu lub najpóźniej 1 godz. po przygotowaniu.



Może nie jest to deser bardzo szybki, ale nie jest bardzo trudny i każdy poradzi sobie z jego przygotowaniem. Potrzeba tylko trochę chęci i cierpliwości oraz silnej woli (by nie wyjeść orange curd prosto ze słoiczka ;)). Bezy można przygotować dzień wcześniej, krem również. Następnego dnia pozostaje już tylko polewa, złożenie tortu w całość i oczywiście zjedzenie go. Pomarańcze i czekolada to jeden z lepszych duetów i sprawdza się prawie zawsze, a w tym deserze słodka beza i kwaskowy krem komponują się wręcz idealnie. Ja zrobiłam sobie sama taki prezent na urodzinki, a Wy na jaką imprezę przygotowalibyście taki smakołyk? Może stanie się on przebojem zbliżającej się (a dla niektórych szczęściarzy już rozpoczętej) majówki?

Smacznego długiego weekendu!

PS. Niestety moje urodzinowe menu nie zostało wystarczająco dobrze obfotografowane i nie mam zbyt wielu zdjęć. Rodzinka była głodna, a po podróży nie mogłam kazać im dłużej czekać ;) Przy następnej okazji obiecuję zrobić więcej fotek.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Pomarańcze!

Jak zamknąć aromat pysznych i soczystych pomarańczy w słoiczku? Zrobić orange curd! Jakiś czas temu pokazywałam na blogu lemon curd, który świetnie sprawdził się jako coś na kształt polewy do babeczek. Tym razem zastosowanie kremu miało być nieco inne, a i chęci do kuchennych eksperymentów były większe, dlatego bez żadnych przepisów, ale z 2 kg pomarańczy zabrałam się do dzieła. Oczywiście wszystkich pomarańczy do orange curd nie wykorzystałam. Dzięki nim wyczarowałam nie tylko deser (na bazie orange curd), ale także danie główne i dodatek do niego. Przepisy po kolei zamieszczać będę na blogu, a tymczasem zapraszam na przepyszny krem pomarańczowy, czyli...

Orange curd

porcja na 1 słoiczek o pojemności ok. 350 ml



Należy przygotować:
  • 6 żółtek
  • 4 pomarańcze: skórka i sok (mne wyszła pełna szklanka - 250 ml)
  • 1,5 szklanki cukru pudru
  • 100 g zimnego masła dobrej jakości pokrojonego w kostkę

Pomarańcze należy najpierw sparzyć i wyszorować szczoteczką. Nie chcemy przecież zjadać tego, czym były pryskane. Następnie skórkę (cienką jej warstwę) ścieramy na drobnych oczkach tarki, a później owoce przekrawamy na pól i wyciskamy z nich sok. Żółtka umieszczamy w żaroodpornej miseczce i roztrzepujemy bardzo dokładnie widelcem (lub mikserem). Ważne by miseczka pasowała wielkością do jednego z naszych garnków, by móc ją później na nim umieścić. Wyciśnięty sok, otartą skórkę oraz cukier umieszczamy w garnuszku, zagotowujemy i odparowujemy płyn przez ok. 10 min. Po tym czasie powinniśmy otrzymać nieco zagęszczony syrop. Przecedzamy go przez sitko i cały czas mieszając dolewamy małym strumieniem do żółtek. Teraz miseczkę umieszczamy na garnku z gotującą się wodą i cały czas mieszając, czekamy, aż krem zgęstnieje. Może to zająć sporo czasu i potrzeba trochę cierpliwości, ale warto trochę poczekać. W końcowym efekcie będzie on wciąż płynny (nie tak gęsty, jak przygotowywany przeze mnie poprzednio lemon curd) i nie należy się tym martwić. Tak ma być. Stygnąc, krem jeszcze zgęstnieje. Jeśli nie zużyjemy od razu całego, to przechowywać należy go w lodówce i wtedy również nieco zgęstnieje. Gdy krem stanie się gęściejszy i będzie się lekko kleił do drewnianej łyżki, a po przejechaniu nią po dnie miseczki przez chwilę będzie je widać, to znaczy, że należy zdjąć go już z ognia. Wtedy pozostaje nam tylko stopniowo domieszać do niego masło i gotowe. Powiem szczerze, że jego nieco luźniejsza konsystencja i słodki smak, ale z wyczuwalną goryczką (jak w gorzkiej konfiturze z pomarańczy) dużo bardziej mi odpowiadają, niż konsystencja i smak lemon curd. To moje drugie podejście do kremu typu curd i teraz mogę powiedzieć, że jestem w pełni zadowolona, dlatego polecam go serdecznie :)

Jeśli wiecie, że gorzkawy posmak może nie przypaść Wam do gustu i wolelibyście go uniknąć, jest na to prosta rada. Mniej skórki pomarańczowej. Mnie zależało właśnie na takim efekcie, jednak nie każdy musi go lubić. Można wtedy zmniejszyć ilość skórki co najmniej o połowę lub dodać skórkę otartą tylko z jednej pomarańczy. Krem będzie wtedy równie dobry, słodki i pomarańczowy, ale bez wyczuwalnej goryczki. Ja proponuję jednak wersję z większą ilością skórki, ponieważ według mnie ma o wiele ciekawszy, głębszy smak. Na prawdę pycha :)




Smacznego!

PS. Orange curd można wykorzystać do przełożenia ciasta, udekorowania babeczek lub jako smarowidło do naleśników, gofrów czy po prostu tostów. Gdybyście jednak nie zjedli go od razu, to już niedługo na blogu pojawi się bajeczny deser właśnie z orange curd. Będzie pysznie, obiecuję!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Wypasione ciacha z odzysku

Zdarza się, głównie po świętach, że wszystkiego nie uda nam się dość szybko zjeść. Mnie został spory kawałek lekko wyschniętego ciasta czekoladowego. Można odświeżyć je w mikrofali i zjeść np. z dżemem lub mlekiem, ale można zrobić z nich coś lepszego. Bajaderki! Jako mała dziewczynka uwielbiałam te ciastka, dopóki babcia nie powiedziała mi, że w cukierniach robi się je z resztek. Później już trochę bałam się je jeść, jednak doskonale pamiętałam ich smak, który wspominałam z rozrzewnieniem. Dlatego, gdy tylko zorientowałam się, że  nasze powielkanocne ciasto nie nadaje się już do zjedzenia, postanowiłam je wykorzystać, zanim musiałabym je wyrzucić. Tak powstały pyszne, wilgotne bajaderki, które smakują tak samo, jak te kupne, a przynajmniej wiemy, co znajduje się w środku. Przepis jest bardzo prosty i szybki, a ciastka wychodzą po prostu bajeczne. Zapraszam na przepis.

Bajaderki

podana ilość składników wystarcza na 10 sporych ciastek



Do przygotowania bajaderek potrzebne będzie:
  • 100 g biszkoptów lub herbatników lub domowego biszkoptu
  • kawałek (u mnie było to pół keksówki) domowego ciasta czekoladowego lub innego, np. babka drożdżowa piaskowa, zebra, ciasto ucierane, murzynek, na dobrą sprawę cokolwiek byle bez kremu, owoców, galaretki czy innych dodatków, może być za to z bakaliami
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 100 ml płynnej śmietanki 30-36% (może być także słodka śmietanka 12/18% lub po prostu) mleko
  • 1/2 szklanki mleka
  • 100 g namoczonych wcześniej rodzynek (chyba że ciasto było już z bakaliami)
  • 1 aromat rumowy lub trochę rumu
  • 3/4 słoika dżemu (ja użyłam wiśniowego)
  • ewentualnie trochę cukru pudru (jeśli użyte ciasta były mało słodkie)

Do polewy:
  • 200 g dowolnej czekolady (u mnie 100 g gorzkiej i 100 g mlecznej)
  • 50 ml słodkiej śmietanki 30-36%

Dodatkowo:
  • wiórki kokosowe, drobno siekane orzechy lub migdały do posypania/obtoczenia ciastek

Czekoladę łamiemy na kawałki i wraz ze śmietanką umieszczamy w garnuszku. Rozpuszczamy, cały czas mieszając. Wszystkie rodzaje ciasta, herbatniki czy biszkopty kruszymy drobno i umieszczamy w sporej misce. Dodajemy mleko, rozpuszczoną z czekoladę, rodzynki, aromat rumowy (lub odrobinę rumu), dżem i cukier puder (o ile w ogóle go dodajemy). Całość bardzo dokładnie mieszamy, rozcierając i ugniatając składniki. Odstawiamy do lodówki na 15-20 min. Po tym czasie z ciasta formujemy spore kulki, które układamy na blasze lub desce wyłożonej papierem do pieczenia. Następnie przygotowujemy polewę. Połamaną czekoladę rozpuszczamy razem ze śmietanką i lekko studzimy. (Powinna trochę zgęstnieć, ale nie za bardzo.) Bajaderki możemy całe zanurzyć w czekoladzie i z powrotem odłożyć na papier do pieczenia lub tylko polać je łyżką roztopionej czekolady. Podobnie postępujemy z orzechami/wiórkami kokosowymi. Albo całe ciastka w nich obtaczamy, albo tylko je nimi posypujemy. Ja miałam 100 g siekanych migdałów i szczerze mówiąc taka ilość nie wystarczyłaby na obtoczenie wszystkich bajaderek. Gotowe ciastka umieszczamy w lodówce i z niecierpliwością czekamy, aż polewa zastygnie. Później już tylko z radością konsumujemy :)


Bajaderki polecam podawać w papilotkach do muffinek.
Unikniemy pobrudzenia czekoladą,
a do tego jak ślicznie i wiosennie będą wyglądać!

Smacznego!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Wielkanocne ciasto z białą czekoladą i m&m's

Wielkanoc już za nami, jednak dopiero teraz mam chwilę, by usiąść i spisać przepis, którym chciałam się z Wami podzielić. Długo się zastanawiałam, jakie ciasto upiec na tą wyjątkową okazję, a w końcu wybrałam ciacho, które nie jest typowo wielkanocne. Dlatego powtórzę je pewnie jeszcze nie raz, również na co dzień. Was również zachęcam do jego wypróbowania wcześniej niż dopiero za rok, ponieważ wśród moich bliskich zrobiło furorę. Dlaczego? Powód jest prosty. Jest pyszne. Ciasto jest wilgotne i delikatne, wprost rozpływa się w ustach, a masa jest bardzo kremowa i smakuje trochę jak nugat. Krem przygotowałam bowiem na bazie mojego wcześniejszego pomysłu, a mianowicie wykorzystałam sprawdzone już połączenie mlecznej czekolady i masła orzechowego crunchy. Efekt był naprawdę rewelacyjny. Słowo daję. Na świadków mam całą moją rodzinę i P. :) A teraz już bez dłuższych wstępów zapraszam na...

Ciasto z białą czekoladą i kremem nugatowym oraz polewą kajmakową

porcja na tortownicę o średnicy 24 cm



Na ciasto potrzebujemy:
  • 200 g dobrej jakości masła + trochę do natłuszczenia tortownicy
  • 180 g brązowego cukru demerara
  • 180 ml ciepłej wody
  • 200 g białej czekolady
  • 1 łyżkę miodu
  • 2 małe opakowania cukru z prawdziwą wanilią lub 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 2 jajka w temperaturze pokojowej
  • 1 łyżeczkę proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczkę sody
  • 300 g mąki pszennej + trochę do oprószenia tortownicy

Na krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 250 ml płynnej śmietanki 36%
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 3 kopiaste łyżki masła orzechowego typu crunchy
  • 2 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w kilku (2-3) łyżkach wody

Na polewę:
  • 100 ml płynnej śmietanki 36%
  • 5 łyżek brązowego cukru demerara
  • 50 g dobrej jakości masła

Dodatkowo:
  • ok. 100 g m&m's z orzechami

Mleczną czekoladę łamiemy na kawałki i rozpuszczamy razem z masłem orzechowym. Studzimy, a w tym czasie mascarpone ubijamy ze śmietanką. Dodajemy przestygniętą, ale wciąż płynną czekoladę z masłem orzechowym i również przestygniętą, rozpuszczoną żelatynę. Miksujemy jeszcze chwilę i odstawiamy do lodówki.

Kiedy krem się chłodzi, połamaną na kawałki białą czekoladę wraz z wodą, pokrojonym w kostkę masłem, cukrem waniliowym (lub ekstraktem), miodem i brązowym cukrem umieszczamy w średniej wielkości garnuszku, stawiamy na małym ogniu i cały czas mieszając, rozpuszczamy do momentu aż całość stanie się gładka i jednolita. Następnie zdejmujemy rozpuszczoną czekoladę z dodatkami z ognia i odstawiamy na kilkanaście minut do ostygnięcia. Po tym czasie mieszankę miksujemy, dodając najpierw po jednym jajku, a później mąkę z proszkiem i sodą. 
ciasto przelewamy do natłuszczonej masłem i oprószonej mąką okrągłej formy. Pieczemy w 150 stopniach ok. 50 min. Po tym czasie możemy sprawdzić patyczkiem i w razie potrzeby dopiec jeszcze chwilę. Ciasto studziłam w piekarniku, najpierw zamkniętym i tylko wyłączonym, a po ok. 15 min. dopiero uchyliłam drzwiczki. Wcześniej bardzo podobne ciasto trochę mi opadło, ale po zastosowaniu tych środków ostrożności, wszystko powinno być ok.

Na końcu przygotowujemy polewę. Wszystkie składniki umieszczamy w niewielkim garnuszku, rozpuszczamy i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy ok. 15 min. Gdy polewa zgęstnieje, odstawiamy do lekkiego przestygnięcia. (Jeśli się zagapimy, a polewa wystygnie całkowicie i zgęstnieje zbyt mocno, wystarczy dodać ok. 1-2 łyżki płynnej śmietanki 36% i chwilę podgrzać. Później staramy się polać nią ciasto, zanim stanie się zbyt gęsta. ;))

Całkowicie wystudzone ciasto przekrawamy na dwa równe krążki, przekładamy kremem i polewamy przygotowaną polewą. Dekorujemy m&m'sami zanim polewa zastygnie. Przechowujemy w lodówce.



Ciasto okazało się strzałem w 10 i zniknęło bardzo szybko. Byłam dumna, bo na stole wielkanocnym wyglądało tak, jak smakowało. Rewelacyjnie :) Polecam serdecznie na wszelkie rodzinne okazje lub gdy macie ochotę na coś wyjątkowego.

A tak moje ciacho prezentowało się na wielkanocnym stole w towarzystwie
sernika na zimno, drożdżowych babek i pięknych, wiosennych kwiatów.

Smacznego!

sobota, 9 marca 2013

Boskie ciasto czekoladowe z kremem bananowym oraz polewą czekoladowo-orzechową

Wczoraj upiekłam absolutnie fantastyczne ciasto czekoladowe. Nareszcie wyszło takie, jakie od dawna mi się marzyło. Ciasto czekoladowe to była do tej pory trochę taka moja pięta achillesowa. Próbowałam wielu przepisów, niby sprawdzonych i świetnych, ale zawsze coś było nie tak lub czegoś mi brakowało. Tym razem mogę śmiało powiedzieć: to jest to. Nie miało to być lekkie i puszyste ciasto biszkoptowe, ale też nie bardzo ciężkie brownie (choć do tego jest trochę zbliżone). Chciałam, żeby było intensywne w smaku i bardzo wilgotne. Udało się! Przepis to kompilacja kilku receptur. Główny zamysł pochodzi jednak z przepisu, który kiedyś, bardzo dawno skądś spisałam. Nie pamiętam, czy to była książka, czy może gazeta, czy ktoś mi go podyktował. Próbowałam sobie coś przypomnieć, przeglądałam przepisy, w pobliżu których się znajdował, ale nic mi do głowy nie przychodzi. No trudno, nic nie wymyślę. Mogę jedynie zaprosić na naprawdę pyszne ciasto, z równie dobrym kremem i polewą (mojego pomysłu).

Torcik czekoladowo-bananowy

podane składniki wystarczą na upieczenie okrągłego ciasta o średnicy 24 cm



Do przygotowania ciasta należy przygotować:
  • 200 g ciemnej, dobrej jakości czekolady (np. 70% kakao)
  • 200 g masła
  • 1/2 szklanki mleka
  • 1 szklankę mąki tortowej
  • 1 łyżeczkę proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 szklankę brązowego cukru trzcinowego demerara
  • 1/3 szklanki białego cukru
  • 3 kopiaste łyżki dobrej jakości kakao
  • 3 jajka
  • 3 kopiaste łyżki kwaśnej śmietany 18%

Do kremu:
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 dojrzałe banany
  • ok. 4-6 płaskich łyżek cukru pudru (ilość w zależności od upodobań)
  • ok. 1 łyżki soku z cytryny
  • opcjonalnie: 1,5 łyżeczki żelatyny rozpuszczonej w 2-3 łyżkach wody

Do polewy:
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 2 łyżki lekko solonego masła orzechowego typu crunchy (z kawałkami orzeszków)

Połamaną czekoladę, masło i mleko umieszczamy w rondelku, stawiamy na malutkim ogniu i cały czas mieszając, rozpuszczamy. Odstawiamy do lekkiego ostygnięcia. W tym czasie w misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, kakao oraz oba cukry. Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy śmietanę i roztrzepujemy widelcem. Do mieszanki z mąką najpierw dodajemy jajka i śmietanę, chwilę miksujemy na małych obrotach, a następnie dodajemy rozpuszczoną czekoladę z masłem i mlekiem. Jeszcze trochę miksujemy, do uzyskania jednolitej masy, ale nie na najwyższych obrotach. Ciasto przekładamy do tortownicy, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do nagrzanego do 150 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 1 godz. i 10 min. Sprawdzamy patyczkiem i jeśli trzeba, dopiekamy jeszcze 5-10 min. Studzimy w wyłączanym i uchylonym piekarniku. Ciasto może odrobinę opaść (1-1,5 cm), ale nie za bardzo. Zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.

W tym czasie banany dokładnie rozgniatamy widelcem i skrapiamy sokiem z cytryny (moje mimo wszystko nieco zbrązowiały w kremie, nie mam pojęcia dlaczego). Serek mascarpone miksujemy z cukrem, dodajemy banany i jeszcze chwilę miksujemy. Krem jest dość luźny, jeśli chcemy, by był bardziej sztywny, dodajemy rozpuszczoną żelatynę, mieszamy i odstawiamy do lodówki.

Polewa jest banalnie prosta, ale niesamowicie dobra. (P. smakowała tak bardzo, że zażyczył sobie krem o takim smaku. Następnym razem na pewno tego spróbuję.) W rondelku należy umieścić masło orzechowe z połamaną czekoladą i dokładnie rozpuścić. Polewa ma mieć jednolity kolor i małe grudki  (kawałki orzeszków ziemnych). Przed polaniem ciasta, należy ją delikatnie ostudzić, by trochę zgęstniała.

Upieczone i wystudzone ciasto przekrawamy na pół. Na dolną połowę wykładamy krem, wyrównujemy i przykrywamy górną częścią ciasta. Całość ozdabiamy polewą. Na początek proponuję wylać ją na środek i delikatnie rozprowadzić na brzegi. Inaczej zbyt dużo może spłynąć, a tym sposobem polewa będzie równomiernie rozprowadzona i utworzy ciekawą dekorację ciasta.

Opis przygotowania torciku jest dość długi, ale tak naprawdę nie zajmuje to zbyt dużo czasu i wbrew pozorom, wcale nie jest takie trudne. Serdecznie polecam, bo ciasto jest naprawdę przepyszne. Po prostu palce lizać! Zresztą myślę, że zdjęcia Was przekonają. Nie dość, że torcik jest po prostu aż za dobry, to jeszcze ślicznie wygląda :)




Czekoladowo-bananowa pycha :D

Miłego weekendu!

poniedziałek, 4 lutego 2013

Muffinki cytrynowo-makowe

Przepis, który mam dzisiaj dla Was jest zdecydowanie bardziej pracochłonny, niż ten na korzenne muffinki z powidłami śliwkowymi, ale zapewniam, że warto poświęcić trochę czasu, by przygotować te cudeńka. Ciasto na babeczki, jest proste, ale nie banalne. Wilgotne, o subtelnym, cytrynowym aromacie i z makowymi piegami. Jednak to w dodatkach tkwi prawdziwy sekret. Dzięki nim te małe muffinki stają się naprawdę wyjątkowe. Przygotowałam do nich dwie polewy-kremy. Lemon curd, czyli kwaśno-słodki, krem cytrynowy o bardzo intensywnym smaku oraz ganache z gorzkiej czekolady. Ganache znacie już z przepisu na czekoladowy tort urodzinowy. To bardzo kremowy mus czekoladowy, który można przygotować właściwie z każdego rodzaju czekolady wedle uznania. Dziś jednak proponuję ciemną, gorzką czekoladę, o dużej zawartości kakao, wzbogaconą odrobiną likieru cytrynowego. Tak przygotowany krem czekoladowy smakuje niczym trufle i tak samo rozpływa się w ustach. Udekorować miałam babeczki skórką cytrynową smażoną w cukrze, ale z rozpędu dodałam całą do ciasta i musiałam posiłkować się cukrowymi śnieżynkami. Mimo że miało być inaczej, muszę przyznać, że efekt jest naprawdę uroczy. Eksperyment uważam za udany. Zapraszam na przepis.

Muffinki cytrynowo-makowe z lemon curd i czekoladowym ganache




Do przygotowania ganache należy przygotować:
  • 100 g gorzkiej czekolady (min. 70%)
  • 100 ml płynnej śmietanki 30%
  • 2 małe opakowania cukru waniliowego (32 g)
  • 50 ml likieru cytrynowego (opcjonalnie)
Śmietankę podgrzewamy w rondelku. Dodajemy cukier waniliowy i mieszamy, aż się rozpuści. Drobno pokruszoną czekoladę zalewamy gorącą śmietanką. Mieszamy do momentu, gdy masa stanie się gładka i błyszcząca. Dodajemy alkohol i jeszcze raz mieszamy. Studzimy i wstawiamy do lodówki na ok. 1 godz.

Do lemon curd:
  • 3 żółtka
  • 5 łyżek soku z cytryny
  • 1 niepełna szklanka cukru pudru (trochę więcej niż ¾)
  • ¼ kostki zimnego masła (50 g)
Żółtka dokładnie roztrzepujemy widelcem w żaroodpornym naczyniu. Masło kroimy w niewielką kostkę. W garnuszku łączymy sok z cytryny z cukrem pudrem i podgrzewamy, ciągle mieszając, aż cukier się rozpuści. Gorący syrop powoli wlewamy do żółtek, stale mieszając. Tak przygotowaną masę należy teraz podgrzać, ale nie zagotować. Możemy w tym celu naczynie umieścić nad garnkiem z gotującą się wodą lub bezpośrednio na palniku. Ta druga metoda jest szybsza, jednak bezpieczniejszy jest pierwszy sposób przygotowywania tego kremu. Nie chcemy przecież jajecznicy ;) Lemon curd jest gotowy, gdy lekko klei się do drewnianej łyżki, a jego konsystencja przypomina dość gęsty budyń. Krem odstawiamy do ostygnięcia. Jeśli nie zużyjemy całego, można przechowywać go później w lodówce, wtedy jeszcze bardziej zgęstnieje. By nadać mu nieco rzadszej konsystencji, np. w celu rozsmarowania go na babeczkach, należy go lekko podgrzać (np. 15 sek. w mikrofali).


Bardzo dawno nie dodawałam zdjęć z tak zwanego making off”,
a przecież to wszystko tak ślicznie wygląda

Lemon curd,
czyli po prostu krem cytrynowy

Do babeczek:
  • 2 szklanki mąki
  • 3/4 szklanki cukru
  • 150 g rozpuszczonego masła (ok. 2/3 szklanki)
  • 2 jajka
  • 2/3 szklanki mleka
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczkę sody oczyszczonej
  • szczyptę soli
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
  • 2/3 szklanki maku
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • skórkę otartą z 2 cytryn
W sporej misce łączymy wszystkie suche składniki: mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy, szczyptę soli oraz mak i skórkę cytrynową. Jajka dokładnie roztrzepujemy i łączymy z mlekiem. Wlewamy do suchych składników. Dodajemy do nich również masło i sok z cytryny. Mieszamy tylko do połączenia składników, nie bardzo dokładnie. Tak przygotowane ciasto przekładamy do papilotek lub natłuszczonych foremek na babeczki (wyjątek stanowią silikonowe formy do ciasta, których nie trzeba natłuszczać ani oprószać mąką), wypełniając maksymalnie ¾ naczynka. Pieczemy ok. 20-25 min. w 180 stopniach.



Kiedy muffinki ostygną, możemy nałożyć na nie kremy. Ganache po wyjęciu z lodówki miksujemy na puszystą masę. Stanie się wtedy jaśniejsze i trochę zwiększy swoją objętość. Tak przygotowany krem czekoladowy nakładamy na babeczki. Czubatą łyżeczkę na każdą. Dekorujemy dowolnie i wstawiamy do lodówki min. na 0,5 godz. Z lemon curd postępujemy dokładnie tak samo. Nakładamy dość gruba warstwę na babeczki, dekorujemy i odstawiamy do lodówki. Jeśli pominiemy etap chłodzenia, kremy mogą spływać z muffinek i efekt nie będzie zadowalający. Przechowujemy w lodówce.






Ja podczas przygotowywania tych smakołyków miałam kilka przygód. Najpierw za bardzo pospieszyłam się podczas przyrządzania ganache i czekolada mi się zwarzyła. Ratunkiem jest wtedy zawsze alkohol. Wystarczy odrobina, by masa stała się znów idealnie gładka. Początkowo wcale nie zamierzałam dodawać likieru do czekolady, ale wyszło super. Później do foremek na babeczki nałożyłam zbyt dużo ciasta i wykipiało podczas pieczenia. Muffinki musiałam później okrawać z ciastowego kołnierzyka wokół foremki. Niestety właśnie dlatego babeczki nie urosły za bardzo do góry, ale i tak wyszły śliczne. W związku z tymi moimi wpadkami naszła mnie taka refleksja. Nie zawsze wszystko dzieje się tak, jak planowaliśmy, jednak czasami może się okazać, że wyszło to nam tylko na dobre. Wiem, wiem. Nic odkrywczego, ale ta myśl jest szczególnie bliska mojemu sercu.



Pozdrawiam wszystkich, którzy wytrwali do końca dzisiejszego przydługiego wpisu i tradycyjnie życzę smacznego!