Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzennie/piernikowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzennie/piernikowo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 sierpnia 2016

Całuski

Dziś będzie miodowo i korzennie! Dziś bowiem historia pewnych ciasteczek... Przepis na tytułowe pierniczki (choć od tradycyjnych pierniczków całuski znacznie się różnią, to bywają i tak nazywane) nadesłała mi w ubiegłym tygodniu czytelniczka, a ja, że wcześniej o nich nie słyszałam, postanowiłam szybko go wypróbować. By zdążyć zaprezentować go jeszcze przed zbliżającym się miodowym świętem (w Opocznie 7.08. odbywa się prawdziwy festiwal miodu, więcej o tym wydarzeniu możecie poczytać tutaj), musiałam się bardzo spieszyć, ale było warto :) Te złote ciasteczka o uroczej nazwie smakują naprawdę wspaniale! Mam nadzieję, że wśród moich czytelników nie brak miłośników korzennych aromatów i miodu?

O zdrowotnych właściwościach miodu mogłabym napisać cały, obszerny artykuł, więc dziś nie o tym. Jego dobroczynne właściwości znane były już starożytnym Egipcjanom. Panował u nich zwyczaj chowania naczynia z miodem razem z faraonami w ich grobowcach. Majowie używali go podczas swoich obrzędów. Grecy i Rzymianie piekli z nim ciastka dla uczczenia ważnych wydarzeń, a także wykorzystywali go w medycynie. Hipokrates uważał też, że miód zapewnia mu długowieczność. Nie można przy tym zapomnieć o Kleopatrze, która w kąpielach w oślim mleku i kosmetykach przygotowanych właśnie z miodu upatrywała sekretu zachowania pięknego wyglądu. Miód był ceniony również w średniowieczu, kiedy stanowił nawet środek płatniczy. Jednak w XII w. do Europy zaczął docierać cukier, który powoli miód wypierał. Na szczęście nie całkiem, a współcześnie znów zaczynamy go doceniać. Powstają na ten temat opracowania, w których dowodzi się zbawiennych właściwości miodu dla naszego zdrowia. Myślę, że temat wart jest uwagi, ponieważ nie bez przyczyny miód był doceniany już w starożytności. Zresztą nie trzeba szukać tak daleko, wystarczy sięgnąć do naszej medycyny ludowej i popytać babć oraz dziadków. Wszyscy zgodnie twierdzą, że miód to płynne złoto i warto z jego dobrodziejstw korzystać!

Dziś jednak miało być o ciasteczkach. Przepis na nie pochodzi z Pszczelej Woli, a pszczelowolskie całuski wpisane zostały na listę produktów tradycyjnych. Wieloletnie dziedzictwo pszczelarskie tamtej okolicy dało swój upust również w sferze kulinarnej. Miód posiada przecież wiele walorów, a wśród nich te smakowe. Ciasta, ciasteczka i inne wypieki z jego dodatkiem mają niepowtarzalny aromat, nic więc dziwnego, że stały się popularne nie tylko w tej niewielkiej osadzie. Mąż czytelniczki, która nadesłała do mnie przepis na całuski właśnie stamtąd go przywiózł, więc mam go z samego źródła! :) A dziś z ogromną przyjemnością chciałam zaprezentować te ciasteczka szerszemu gronu moich czytelników. Koniecznie ich spróbujcie!

Całuski - miodowe ciasteczka korzenne

przepis na ok. 100 szt. niewielkich pierniczków


Składniki:
  • 1 szklanka miodu
  • 1 szklanka cukru
  • 2 jaja
  • ok. 1/2 kg mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka przyprawy piernikowej
  • 1 łyżeczka masła

Ciasto:
Miód, jeśli ma stałą konsystencję, czyli jest skrystalizowany, rozpuszczamy, lekko podgrzewając. (Warto jednak pamiętać, że aby miód nie stracił swoich dobroczynnych właściwości, upłynnianie należy przeprowadzać w temperaturze do 40 °C, nie większej!) W sporej misce umieszczamy jajka i cukier, a następnie ucieramy (można mikserem), aż masa stanie się biała i puszysta. Wlewamy miód, dodajemy przyprawę korzenną, mieszamy. Do miski wsypujemy początkowo około połowę mąki i sodę. Mieszamy najpierw drewnianą łyżką, a później wykładamy ciasto oraz resztę mąki na stolnicę/blat i zagniatamy. (W przepisie, który dostałam od czytelniczki jest uwaga na temat konsystencji ciasta. Ma być "gęste, jak na zwykłe bułki".) Jeśli po dodaniu całej mąki masa będzie się bardzo kleić, dodajemy jeszcze trochę. Po wyrobieniu, formujemy z ciasta wałeczki o średnicy 3-4 cm, a następnie kroimy je na równe, 1-2 cm kawałki. Natłuszczonymi masłem dłońmi formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego.

Pieczenie:
Gotowe porcje ciasta układamy na blasze w klikucentymetrowych odstępach. (W oryginalnym przepisie ciasteczka pieczono na blachach wysmarowanych pszczelim woskiem, ale jeśli go nie mamy, możemy blachę wyłożyć papierem do pieczenia.) Pieczemy ok. 10-12 min w 180 °C, aż będą złotobrązowe. Możemy najpierw upiec kilka na próbę , by sprawdzić, czy za bardzo się nie rozlewają (wtedy należy dodać więcej mąki) oraz ustalić czas pieczenia - pszczelowolskie całuski są bardzo małymi ciasteczkami, po upieczeniu mają, do 2 cm średnicy, nasze będą sporo większe, dlatego czas pieczenia można wydłużyć maksymalnie do 15 min, ale trzeba pilnować, by za bardzo ich nie przypiec.

Przechowywanie:
Jak tylko ciasteczka wystygną, chowamy je do szczelnego pojemnika, może to być słoik, puszka lub foliowy woreczek ze strunowym zamykaniem. Ważne, żeby jak najbardziej ograniczyć dostęp powietrza, pod wpływem którego miękną. Miód ma bowiem właściwości higroskopijne, więc ciasteczka na nim upieczone chłoną wilgoć. Całuski prawidłowo przechowywane bardzo długo zachowują świeżość. Niektóre źródła podają, że w hermetycznym opakowaniu można je przechowywać nawet do dwóch lat, ponieważ nie zawierają tłuszczu. Ja jednak na pewno tego nie przetestuję, są pyszne i znikają bardzo szybko :)

Całuski to kruche i dość twarde ciasteczka, które rozpływają się w ustach
(dosłownie i w przenośni!), jednak bardzo szybko zmieniają swoją konsystencję.
Dlatego polecam od razu po ostudzeniu pakować je do szczelnych pojemników,
w których mogą długo czekać na niezapowiedzianych gości lub chwilę słabości ;)

Mojej czytelniczce raz jeszcze serdecznie dziękuję za przepis,
a Wam tradycyjnie życzę smacznego!

czwartek, 17 grudnia 2015

Ale piernik! (druga część przepisu)


Do świąt został tydzień. Pora wyciągnąć wałek i rozgrzać piekarnik, a dom znów wypełnią korzenne aromaty. Tak niedawno, bo pod koniec listopada pisałam o tym, że to już ostatni dzwonek, aby zrobić ciasto na piernik staropolski. Teraz, po minimum dwóch tygodniach leżakowania, najwyższy czas je upiec. Ale to za chwilę! Najpierw musimy je przynieść z piwnicy do domu lub wyjąć z lodówki i postawić w temperaturze pokojowej. Ciasto po tak długim kontakcie z niskimi temperaturami jest bowiem twarde i nie dałoby się go wałkować. Po minimum dobie w ciepłym pomieszczeniu mięknie i staje się idealnie plastyczne. Wtedy można z niego upiec blaty, które później smarujemy, np. powidłami i składamy w całość. Można również wycinać z niego wspaniałe pierniczki! Najważniejsze, by za pieczenie zabrać się wystarczająco wcześnie, ponieważ piernik staropolski jest jednym z nielicznych ciast, które staje się coraz lepsze z każdym dniem. Najlepszy jest po około 5-6 dniach od przełożenia. Od razu po upieczeniu może być trochę suchy, jednak obiecuję, że po kilku dniach stanie się mięciutki i pyszny. Należy też pamiętać, że lukrujemy go lub polewamy czekoladą najwcześniej dopiero na dzień przed podaniem. Jest to więc ciasto, które przygotowujemy etapami, ale zapewniam, że za każdym razem nie potrzebuje bardzo dużo naszej uwagi. A w sumie naprawdę niewielkim nakładem pracy zyskujemy 3-4 spore pierniki (lub całą górę pierniczków), które smakiem wynagrodzą długie oczekiwanie na skosztowanie.


Piernik staropolski

przepis na 3-4 podłużne, przekładane pierniki



Do piernika należy przygotować:

  • surowe ciasto z przepisu z 29 listopada 2015 r. (znajdziesz go tutaj)
  • 120 g migdałów
  • 150 g rodzynek (najlepiej jasnych i miękkich)
  • 500 g marcepanu
  • 600 g powideł śliwkowych


Do polewy i dekotacji:

(taka ilość polewy wystarczy na grube pokrycie 4 dużych pierników)

  • 200 g mlecznej czekolady
  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 200 g słodkiej śmietanki 30%
  • 120 g dobrej jakości masła 82%
  • bakalie, np. siekane migdały


Pieczenie: Rodzynki i migdały siekamy, ale nie za drobno. Surowe ciasto dzielimy na trzy równe części. (Można się przy tym wspomóc wagą, ponieważ to naprawdę istotne, by blaty piernikowe były równe.) Do każdej z nich dodajemy po 1/3 bakalii i szybko zagniatamy. Przygotowujemy stolnicę lub blat, na którym będziemy wałkować ciasto. Najlepiej wychodzi to na silikonowej stolnicy, nie trzeba wtedy podsypywać mąką. Pierwszą część rozpłaszczamy dłońmi na prostokąt i przykrywamy arkuszem papieru do pieczenia (dzięki temu masa nie będzie kleiła się do wałka), a następnie wałkujemy, aż osiągnie wymiary 30x35 cm. (Wasze blaty piernikowe nie muszą mieć dokładnie takich samych wymiarów jak moje. Ważne, żeby wszystkie trzy były takie same.)

Surowe... i upieczone blaty piernikowe

Pieczemy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia w nagrzanym do 180 °C piekarniku przez 15 min. Sprawdzamy patyczkiem i jeśli jest suchy, wyjmujemy i studzimy. Z pozostałymi dwoma częściami surowego ciasta postępujemy tak samo.

Przekładanie: Marcepan dzielimy na dwie równe części. Jedną z nich wałkujemy na prostokąt odpowiadający wielkością blatom z ciasta. Pierwszy z nich układamy na płaskiej powierzchni. (Może to być blacha, na której wcześniej go piekliśmy lub np. duża deska do krojenia.) Wierzch smarujemy połową powideł. (Jeśli są bardzo gęste można je lekko podgrzać, wtedy łatwiej będzie rozsmarować.) Na tym układamy rozwałkowany marcepan i drugi blat, który smarujemy pozostałymi powidłami. Drugą część marcepanu wałkujemy tak samo jak pierwszą i układamy ją znów na warstwie powideł. Przykrywamy ostatnim blatem. Tym razem dobrze, by równy spód ciasta znalazł się na wierzchu. Gotowy piernik będzie wtedy równy i łatwiej będzie na nim rozprowadzić polewę.

Przełożone blaty przykrywamy papierem do pieczenia i zawijamy w lnianą lub bawełnianą ściereczkę. Układamy na nich blachę albo dużą deskę do krojenia i równomiernie obciążamy. (Można posłużyć się np. torebkami z mąką czy cukrem.) Taką konstrukcję odstawiamy na 12 do 24 godz. Nie trzeba chować jej do lodówki. Po tym czasie kroimy duży piernik na tyle części, ile chcemy mieć gotowych ciast. Ja przekrawam go wzdłuż na 4 części. (Brzegi można wyrównać, by gotowe pierniki ładniej wyglądały.) Teraz znów każdy z pierników owijamy w papier i ściereczkę, a następnie wszystkie chowamy do szczelnego pojemnika lub torebki foliowej. Odstawiamy w chłodne miejsce lub na dolną półkę lodówki na minimum 2-3 dni.



Polewa: W rondelku umieszczamy połamane na małe kawałki obie czekolady, pokrojone w kostkę masło oraz śmietankę i stawiamy na niewielkim ogniu. Podgrzewamy, aż całość się rozpuści i połączy, od czasu do czasu mieszając. Ciepłą polewą dekorujemy każdy z pierników. Jeśli w trakcie polewa nam za bardzo ostygnie, można ją szybko podgrzać, by znów stała się płynna. Trzeba jednak uważać, by nie zagrzać jej za bardzo, wtedy może się rozwarstwić! Na koniec posypujemy ciasta, np. posiekanymi migdałami lub orzechami.

Gotowe pierniki bardzo dobrze się przechowują i długo zachowują świeżość. W lodówce mogą czekać nawet 3 tygodnie. Należy jednak pamiętać, by lukrować czy polewać czekoladą tylko te, które zamierzamy podać. Udekorowane ciasta należy bowiem zjeść w ciągu 2-3 dni.




Wszystkiego najsmaczniejszego na święta i Nowy Rok życzy

Ewelina, www.ratunkuobiad.blogspot.com

niedziela, 29 listopada 2015

Ale piernik! (pierwsza część przepisu)

Wielkimi krokami zbliżamy się do świąt. W sklepach niemal wszędzie spotkać można bożonarodzeniowe dekoracje, na ulicach powoli pojawiają się choinki, a w telewizji reklamy, w których pełno jest reniferów i mikołajów. Mnie Boże Narodzenie kojarzy się przede wszystkim ze wspaniałymi, bogatymi zapachami, wydobywającymi się z kuchni i przenikającymi cały dom. To dlatego uwielbiam ten czas. I wiecie co? W mojej kuchni już zapachniało świętami!
To niemal już ostatni dzwonek, żeby przygotować coś, czego w wielu domach po prostu nie może zabraknąć pod koniec grudnia - piernik! A dokładniej piernik staropolski, który niegdyś uważany był za wyjątkowy rarytas. Dziś przyprawy używane do jego przygotowania nie kojarzą się nam z egzotyką i bogactwem. Jednak w XVII wieku, kiedy w Polsce zaczęto go wypiekać, były to towary drogie i sprowadzane do nielicznych tylko miast, które mogły poszczycić się kontaktami ze światem. Pierniki pieczono między innymi w Gdańsku i Toruniu, gdzie były symbolem powodzenia i dobrobytu. Korzenne ciasta i ciasteczka rozpowszechniły się w Polsce w XIX wieku. Nawet wtedy ceniono je na tyle, że surowe ciasto piernikowe wchodziło w skład wiana panny młodej. Obecnie w sklepach półki uginają się pod ciężarem ogromnego wyboru pierniczków, które niewiele mają już wspólnego z tą piękną tradycją. Dlatego raz w roku proponuję nie chodzić na skróty i sięgnąć do korzeni.
Przygotowanie piernika staropolskiego nie jest ani trudne, ani skomplikowane, ale trzeba zacząć na długo przed tym, zanim będzie można zasiąść do stołu. Surowe ciasto musi bowiem długo dojrzewać, a mianowicie - według różnych źródeł - od 2 aż do 6 tygodni. Nie tracąc zatem więcej czasu, zapraszam na pierwszą część przepisu na wyjątkowy, aromatyczny i prawdziwie świąteczny...

Piernik  staropolski

przepis na 3-4 podłużne, przekładane pierniki


Będziemy potrzebować:
  • 500 g miodu pszczelego
  • 250 g cukru (ja używam trzcinowego, ale można dać biały)
  • 250 g tłuszczu - najlepiej 150 g prawdziwego masła i 100 g smalcu
  • 3 duże jajka (jeśli są małe, to lepiej dać 4)
  • 1 kg mąki
  • 3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 0,5 szklanki mleka
  • 50 g przyprawy korzennej (można użyć domowej lub kupnej, ale jeśli używamy gotowej, to należy dać jej trochę więcej - ok. 60 g)

Miód, cukier, masło, smalec i przyprawy łączymy w garnku i podgrzewamy na średnim ogniu. Czekamy, aż tłuszcz się rozpuści, a całość będzie płynna i jednolita. Gorącą mieszankę wylewamy na mąkę i zaparzamy ją. Mieszamy drewnianą łyżką, a następnie odstawiamy do lekkiego ostygnięcia. W zimnym mleku rozpuszczamy sodę i dodajemy do ciasta wraz z solą. Ponownie mieszamy (można to robić łyżką lub mikserem z końcówką do ucierania, ale można również - po wstępnym wymieszaniu - przełożyć całość na stolnicę i zagniatać rękami). Następnie dodajemy jajka i ponownie mieszamy/zagniatamy ciasto, aż do uzyskania jednolitej konsystencji (jeśli robimy to ręcznie, dłonie można lekko natłuścić, ponieważ masa będzie się lepić). Całość przekładamy do szklanej lub ceramicznej miski i przykrywamy bawełnianą albo lnianą ściereczką. Obwiązujemy brzegi, np. gumką recepturką, a następnie odstawiamy w chłodne miejsce - może to być dolna półka lodówki, balkon (jeśli nie ma mrozu!) lub piwnica.
Najlepiej jeśli tak przygotowane ciasto leżakuje ok. 4-6 tygodni. Jednak jeśli o pierniku przypomnieliśmy sobie zbyt późno, tak jak ja w tym roku, powinny wystarczyć mu dwa, chociaż to już absolutne minimum. O dojrzewającym cieście przypominamy sobie dopiero na 7 do 4 dni przed świętami, ale obiecuję, że instrukcje, co z nim zrobić, pojawią się na tydzień przed Bożym Narodzeniem.

piątek, 5 grudnia 2014

Niezwykły tort dla niezwykłej osoby

Listopad był dla mnie bardzo chorowity. Zaczęło się już pod koniec października, a do dzisiaj nie mogę powiedzieć, że jestem zdrowa. W samym listopadzie byłam aż dwa tygodnie na zwolnieniu i niestety pierwszy tydzień grudnia spędzam również w domu. Mam tego już szczerze dość. Początkowo czułam się tak źle, że nawet gotować mi się nie chciało i prawie nie wstawałam z łóżka. Kiedy jestem taka chora, przesypiam niemal całe dnie. Na szczęście teraz jest zdecydowanie lepiej i z chęcią piszę tego posta :) W listopadzie, mimo przedłużającej się choroby, był taki czas, jakiś tydzień, kiedy czułam się trochę lepiej. Była to chwilowa poprawa, ale zdążyłam upiec mojemu Narzeczonemu tort urodzinowy :) Nie był to taki tort, jaki początkowo planowałam, ale nie dość, że choróbsko nie odpuszczało, to jeszcze jakiś czas temu złamało mi się jedno z mieszadeł miksera :( Musiałam więc odpuścić pieczenie tradycyjnego biszkoptu i wymyślić coś innego. Padło na ciasto, które można z powodzeniem wymieszać widelcem. Natomiast krem udało mi się ubić z dwoma różnymi mieszadłami i dzięki temu tort mógł w ogóle powstać :D Powiem szczerze, że nie żałuję takiego wyboru. Ten okazał się więcej niż tylko trafiony. Był rewelacyjny! Nie jest to wprawdzie typowy tort. Z powodzeniem można przygotować tylko połowę kremu, zrezygnować z obkładania nim ciasta dookoła i podać je np. jako niedzielny lub świąteczny deser. Będzie to wtedy klasyczne ciasto marchewkowe, które zresztą bardzo lubię. Jednak dziś prezentuję je w nieco innej, tortowej odsłonie :)))

Marchewkowy tort z bakaliami i kremem śmietankowym

porcja na tortownicę o średnicy 24 cm



Potrzebujemy:
  • 200-220 g marchewki (waga po obraniu) - ok. 2 średnie sztuki
  • 340-350 g ananasa (świeżego lub z puszki)
  • 120 g orzechów włoskich
  • 120 g suszonej żurawiny
  • 1 szklankę mąki pszennej (można zastąpić razową)
  • 2/3 szklanki brązowego cukru demerara (używam nierafinowanego)
  • 3 duże jajka (4 - jeśli są małe)
  • 1/3 szklanki oleju
  • 3 pełne łyżeczki przyprawy do piernika (ja daję domową, taką jak tutaj lub kupną, ale taką, w której nie ma dodatku mąki)
  • 1 czubatą łyżeczkę sody oczyszczonej i tyle samo proszku do pieczenia
  • dużą szczyptę soli

A także:
  • 500 g śmietanki kremówki (używam 36%)
  • 500 g serka mascarpone
  • 3 łyżeczki żelatyny (jeśli ciasto będzie podane tego samego dnia, to nie jest ona konieczna, ale jeśli następnego, to lepiej ją dodać)
  • cukier puder do smaku
  • sok z 1/4 cytryny (opcjonalnie)
  • ok. 25-30 g wiórków czekoladowych lub gorzkiej czekolady startej na drobnych oczkach tarki (ewentualnie można użyć naturalnego kakao)
  • kilkanaście lub nawet więcej połówek orzechów włoskich
  • żurawinę w czekoladzie lub podobnej wielkości draże czekoladowe
  • odrobinę białej czekolady plastycznej lub zwykłej, rozpuszczonej białej czekolady do wykonania napisu (opcjonalnie)

Marchew ścieramy na drobnych oczkach tarki. Ananasa kroimy w małą kostkę. Orzechy i żurawinę siekamy dość drobno. (Jeśli nie pokroimy ananasa, żurawiny i orzechów wystarczająco drobno, to później ciasto nie będzie się dobrze kroić, a przekrojenie go wzdłuż może okazać się wręcz niemożliwe.) Następnie wszystkie składniki: marchew, ananasa, orzechy, żurawinę, mąkę, cukier, jajka, olej, przyprawę do piernika, sodę, proszek do pieczenia i sól umieszczamy w sporej misce i mieszamy widelcem lub łyżką, aż się dokładnie połączą. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia (boków nie trzeba) i przelewamy do niej przygotowane ciasto. Pieczemy ok. 40 min., sprawdzamy patyczkiem i w razie potrzeby dopiekamy jeszcze 5 min. Po tym czasie powinno być upieczone, ale na wszelki wypadek możemy sprawdzić je jeszcze raz. Odstawiamy ciasto do wystygnięcia, na razie jeszcze nie wyjmując go z formy.



Kiedy ciasto całkowicie ostygnie, przecinamy je na dwa krążki (bardzo ostrym nożem lub nitką). Jeden z nich układamy na dużym talerzu lub paterze - wierzch, górą w dół. Drugi odkładamy na bok. Oba przykrywamy czystą ściereczką, by nie obsychały.


Przygotowujemy krem. Żelatynę zalewamy wrzątkiem, odstawiamy na chwilę (ok. 1-2 min.), a następnie mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Mocno schłodzoną śmietankę, serek i ok. 3-4 łyżki cukru pudru umieszczamy w wysokim naczyniu i ubijamy na sztywno. W razie potrzeby dosładzamy. Dodajemy przestudzoną żelatynę i sok z cytryny. Dokładnie mieszamy. Połowę kremu wykładamy na spodni blat ciasta i przykrywamy drugim - równym spodem do góry. Lekko dociskamy. Pozostały krem możemy cały wyłożyć na wierzch ciasta (najlepiej za pomocą szprycy) lub udekorować nim boki i wierzch ciasta szprycą (wystarczy jedna końcówka - tym razem użyłam sześcioramiennej gwiazdki).


Mój sposób dekoracji tortu:
Odrobiną kremu smarujemy boki i wierzch tortu (nie musi być bardzo równo). Górę posypujemy startą czekoladą lub wiórkami czekoladowymi (można sobie pomóc przygotowując prosty szablon np. z papieru do pieczenia, dzięki któremu stworzymy równe koło). Boki ozdabiamy wyciskając szprycą podłużne kształty, zaczynając u dołu i kierując końcówkę równiutko do samej góry ciasta. I tak dookoła całego ciasta. Następnie brzeg tortu ozdabiamy rozetkami, falami i znów rozetkami z kremu oraz żurawiną w czekoladzie, a boki połówkami orzechów. Na koniec można dodać napis. Ja wykonałam go z plastycznej czekolady i przy krojeniu niestety nie trzymał się podłoża, dlatego następnym razem napis zrobię szprycą z rozpuszczonej białej czekolady. Jednak zapewniam, że nawet bez napisu takie ciasto będzie wyglądało odświętnie i wyjątkowo.



Może się to wszystko wydawać skomplikowane, ale takie nie jest. Serio, serio ;) Udekorowanie tego tortu było naprawdę proste i szybkie (zajęło mi nie więcej niż pół godziny), a przy tym bardzo eleganckie oraz efektowne. Jak widać, tak ozdobione ciasto marchewkowe z powodzeniem może stać się urodzinowym tortem, który będzie nie tylko wyjątkowy, ale także przepyszny :)


Przygotowując ten tort poczułam już atmosferę zbliżających się Świąt. To pewnie przez przyprawę piernikową ;) Zdałam sobie też sprawę, że to ciasto w takiej formie może stać się doskonałą ozdobą świątecznego stołu - no, może tylko zamiast "sto lat" lepiej pasowałby w tym przypadku napis "Wesołych Świąt" ;) Ja w tym roku planuję je znów przygotować właśnie na pierwszy dzień Bożego Narodzenia.


A czy Wy czujecie już, że do Świąt zostały niecałe 3 tygodnie?
Ja poczuję to na dobre, gdy stanę wreszcie na nogi ;)

Smacznego!

środa, 9 stycznia 2013

Muffinki z powidłami

W związku z choróbskiem, które się do mnie przyplątało, naszła mnie dzisiaj ochota na małe, słodkie co nieco. Biały puch za oknem natchnął mnie do zrobienia czegoś, co i zapachem, i smakiem przywodzi na myśl miniony, świąteczny czas. Niestety moje przeziębienie wciąż nie daje za wygraną, dlatego postawiłam na coś prostego i jednocześnie takiego, żeby nie musieć wychodzić po nic do sklepu. Padło więc na...


Korzenne muffinki z powidłami śliwkowymi




Potrzebujemy:
  • 2 szklanki mąki pszenne
  • 3/4 szklanki cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczkę sody oczyszczonej
  • 1 szklankę mleka
  • 1/2 szklanki oleju
  • 2 jajka
  • 4 pełniutkie łyżeczki przyprawy korzennej własnego wyrobu (przepis poniżej)
  • mały słoiczek, ok. 200 g powideł śliwkowych (przepis tutaj)

Przyprawa korzenna, której użyłam do tych muffinek, nie jest standardową przyprawą piernikową. Do jej zrobienia użyłam:
  • 4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczkę imbiru
  • 1 łyżeczkę gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki świeżo mielonego czarnego pieprzu
  • 2 utłuczone w moździerzu ziarna ziela angielskiego
  • 2 opakowania cukru z prawdziwą wanilią (64 g)
Wszystkie przyprawy oraz cukier łączę razem i przechowuję w słoiczku, w ciemnym i suchym miejscu. Do muffinek zużywam ok. 1/2 tego, co wychodzi z podanych składników.

Natomiast jeśli chodzi o same muffinki, sprawa jest dziecinnie prosta. Na początek łączymy wszystkie suche składniki: mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę oczyszczoną oraz przyprawę korzenną. Następnie wlewam mleko i olej oraz wbijam jajka. Całość mieszamy krótko, tylko do połączenia się składników. Grudkami wcale się nie przejmujemy. Do foremek na muffiny nakładamy po ok. 1,5 łyżki ciasta. Na wierzch układamy po pełnej łyżeczce powideł, a wszystko przykrywamy kolejną porcją ciasta. Formy mogą być napełnione prawie do krawędzi. Muffiny rosną bardzo ładnie, ale jeszcze nigdy ciasto nie wylało mi się poza brzegi foremek. Pieczemy je ok. 25 min. w 180 stopniach Celsjusza. Przed wyciągnięciem, chwilę studzimy w wyłączonym piekarniku, a dopiero po ok. 10 min. wyjmujemy je na kratkę. Dzięki temu muffiny nie opadają, w środku są delikatne i puszyste, a z wierzchu delikatnie chrupiące. Dla mnie - idealne. W prawdzie przydałaby się do nich polewa czekoladowa, a najlepiej gache, ale już nie będę marudzić. I tak te muffinki poprawiły mi dzisiaj humor :)




Smacznego!

wtorek, 23 października 2012

Jabłuszka zamknięte w słoikach

Musiałam zrobić coś z jabłkami, które dostałam. Było ich całkiem sporo i nie sposób byłoby wszystkich zjeść. Część wykorzystałam do tarty, ale sporo jeszcze zostało. Postanowiłam je uprażyć i zapasteryzować. Oto mój przepis...


Prażone jabłuszka




Potrzebujemy:
  • 6 sporych jabłek
  • 0,5 szklanki cukru (lub trochę więcej, jeśli jabłka są bardzo kwaśne)
  • 1 łyżeczka cynamonu
Jabłka myjemy i obieramy. Następnie pozbawiamy gniazd nasiennych i kroimy w dość drobną kostkę. Tak przygotowane umieszczamy w garnku, w którym będziemy je prażyć i zasypujemy cukrem z cynamonem. Odstawiamy na jakiś czas (można je tak zostawić na noc). Kiedy jabłka puszczą sok stawiamy je na małym ogniu i czekamy.



Jabłka będą zmieniać konsystencję. Gdy zmienią się w mus z pojedynczymi większymi cząstkami, są gotowe by umieścić je w słoikach. Nakładamy gorący mus do wygotowanych, wciąż ciepłych słoików i szczelnie zakręcamy. Następnie pasteryzujemy ok. 20 min.



Z podanej ilości wyszły mi cztery słoiczki po 200 g i jeden większy - ok. 300 g, a więc całkiem sporo. Ja już zgromadziłam w swojej spiżarni powidła śliwkowe w trzech smakach (na które przepis znajdziecie tutaj), prażone jabłuszka i dżem wiśniowy, który dostałam w prezencie. Całkiem nieźle :)

Teraz uciekam do kuchni, bo obiadek, a właściwie obiadokolacja sama się nie zrobi. Miłego wieczoru ;)

czwartek, 11 października 2012

Naleśniki z prażonymi jabłkami i sosem cynamonowym

Kiedy mam ochotę na słodki obiad, robię naleśniki. Dzisiejsze przywodzą mi na myśl szarlotkę i zdecydowanie jest to propozycja dla takich łasuchów jak ja i P. :)

Przepis na ciasto naleśnikowe znajdziecie tutaj -> naleśniki


Naleśniki z jabłkami i sosem cynamonowym


Do nadzienia będziemy potrzebować:
  • 2 duże, twarde i soczyste jabłka
  • 2 łyżki masła
  • 2 łyżki miodu
  • 0,5 łyżeczki cynamony
  • 4 łyżki płynnej śmietanki 18%
  • garść posiekanych orzechów włoskich + kilka połówek
Do sosu:
  • 1 łyżka masła
  • 1 łyżka miodu
  • 0,5 łyżeczki cynamony
  • 1 łyżka płynnej śmietanki 18%

Prawie wszystkie składniki nadzienia 


Jabłka myjemy i obieramy. Kroimy je w ósemki, a następnie w ok. 0,5 cm plasterki. W garnku topimy masło i wrzucamy do niego jabłka. W tym czasie na suchej patelni prażymy pokrojone orzechy. Do jabłek dodajemy miód, cynamon i orzechy. Gdy z jabłek zrobi się dość gęsty mus z pojedynczymi większymi kawałkami wlewamy stopniowo, po łyżce śmietankę. Gotowe. Nadzienie odstawiamy i smażymy naleśniki. Teraz pozostał nam już tylko sos. W małym rondelku topimy masło, dodajemy miód i cynamon. Dokładnie łączymy. Dokładamy połówki orzechów włoskich.

Gotowy sos cynamonowy z orzechami włoskimi


Naleśniki smarujemy musem jabłkowym i składamy w koperty. Układamy na talerzu i polewamy gorącym sosem cynamonowym. Od razu podajemy. Smacznego.

Mmmm... gotowe


PS. Uwaga, uzależniają ;)

niedziela, 7 października 2012

Powidła śliwkowe w trzech odsłonach

Jesień to pora różnego rodzaju przetworów. W tym roku po raz pierwszy robiłam wczoraj własne i jestem zachwycona ilością możliwości. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wszystko robiła tak, jak w przepisach. Jednak muszę przyznać, że czasami babcine metody sprawdzają się najlepiej. Powidła śliwkowe w moim wykonaniu opierają się co prawda na tradycyjnej recepturze, ale wykorzystałam tez kilka swoich pomysłów.


Powidła śliwkowe w trzech smakach


Do ich zrobienia będziemy potrzebować:
  • 3 kg śliwek
  • ok. 0,5 kg cukru
  • dużą paczkę lub dwie mniejsze cukru waniliowego (u mnie była to paczuszka XXL - 43 g)
  • 0,5 łyżeczki cynamonu
  • 2 łyżki naturalnego kakao
  • sok z 1 cytryny

I trochę cierpliwości ;) ponieważ jest to dość długotrwały proces. Robienie powideł można sobie rozłożyć na kilka dni, chyba że mamy do dyspozycji cały dzień, wtedy może się udać jednego. Znaczenie ma też rodzaj owoców i stopień ich dojrzałości. Jeśli śliwki są bardzo miękkie, pójdzie zdecydowanie szybciej.

Owoce starannie myjemy, przekrawamy na pół i usuwamy pestki. Jeśli możemy zrobić to dzień wcześniej, tym lepiej. Połówki śliwek umieszczamy w dość dużym garnku, w którym będziemy przygotowywać powidła, zasypujemy cukrem i odstawiamy. Ja odstawiłam je na całą noc do lodówki. Przez ten czas owoce puściły sok i następnego dnia nie musiałam podlewać ich wodą. Teraz możemy już przystąpić do właściwego przygotowywania powideł. Garnek z owocami wraz z sokiem, który puściły i cukrem stawiamy na niewielkim ogniu. Dodajemy cukier waniliowy, mieszamy i to właściwie tyle. Na razie nie musimy mieszać. Czekamy, aż całość zacznie się gotować.


Początkowe etapy przygotowywania powideł


Dopiero kiedy powstały syrop zacznie gęstnieć, a owoce będą się powoli rozpadać musimy bardziej uważać. Wtedy trzeba co jakiś czas mieszać, żeby owoce nie przywierały do dna, bo mogą się łatwo przypalić. Powidła są gotowe, gdy staną się gęste, a poszczególne owoce przestaną być odróżnialne.



Kolejne etapy smażenia, a na końcu już prawie gotowe powidła


Kiedy powidła osiągną konsystencję taką, jak na ostatnim zdjęciu, czas by je spróbować. Jeśli śliwki nie byłby zbyt kwaśne, dodajemy sok z jednej cytryny, aby powidła nie wyszły mdłe. Całość mieszamy i wyłączamy gaz. Teraz zabieramy się za przygotowanie słoików do przechowywania powideł. Z 3 kg śliwek wyszły mi cztery słoiczki. Trzy malutkie - 200 g (takie po koncentracie pomidorowym) i jeden większy - ok. 300 g. Słoiki wraz z nakrętkami należy wygotować. Ja swoje gotowałam przez ok. 15 min. W tym czasie musimy podgrzać powidła, które osiągną już wtedy pożądana gęstość. Ważne, by gorące powidła przełożyć do gorących słoików.

Ja zrobiłam powidła w trzech smakach. Do jednego większego i jednego mniejszego słoika nałożyłam wersję klasyczną. Pozostałe powidła podzieliłam na pół. Do jednej części dodałam 0,5 łyżeczki cynamonu, a do drugiej 2 łyżki kakao. Tak przygotowane słoiczki pasteryzujemy. Do garnka wkładamy np. papierowy ręcznik, ustawiamy na nim szczelnie zakręcone słoiki i nalewamy tyle wody, by sięgała prawie pod nakrętki. Gotujemy 15-20 min. Wyjmujemy słoiczki i stawiamy do góry dnem na ściereczce. Czekamy do ostygnięcia. Nakrętki powinny być wtedy wklęsłe. To znak, że słoiki się zamknęły, a nasze przetwory wytrzymają nawet lata. Chociaż jestem pewna, że znikną o wiele szybciej. My jeden słoiczek napoczęliśmy już dzisiaj do naleśników ;)



Powyżej możecie zobaczyć gotowe słoiczki z przetworami. Jeszcze tylko naklejka z datą przygotowania oraz smakiem i gotowe. Naprawdę warto poświęcić trochę czasu na ich przygotowanie, bo są pyszne. Domowe przetwory sprawdzą się również doskonale jako oryginalny prezent.

PS. Powidła śliwkowe z kakao są chyba lepsze od nutelli. Smacznego :)