niedziela, 15 czerwca 2014

Mus czekoladowy z wiśniami

Ze wstawieniem tego deseru zwlekałam już stanowczo zbyt długo (nigdy nie mam czasu zrobić mu porządnej sesji zdjęciowej). W końcu jednak postanowiłam wziąć go na warsztat i sprzedać Wam drodzy czytelnicy, jako pysznościowy smakołyk na poprawę humoru podczas tej wyjątkowo zmiennej pogody ;) To, że ja chwilowo ograniczam słodkości wcale nie znaczy, że na blogu nie może znaleźć się żaden deser, a tak się składa, że ten mus robi się tylko chwileczkę i w recepturze nie ma nic skomplikowanego. Później trzeba swoje odczekać, ale potem pozostaje już tylko delektować się tym cudem. Tak, cudem! Bo ten mus potrafi śnić mi się po nocach :D Jest niesamowicie czekoladowy, powiedziałabym, że nawet bardziej od samej czekolady (o ile to możliwe), a przy tym delikatny i puszysty. Wspaniały, daję słowo! Jego konsystencja i smak są nie do podrobienia i niestety w tym przypadku nie istnieje żaden dietetyczny zamiennik. Ale co tam. Jak już grzeszyć, to na całego. Kto ma ochotę na taką czekoladową rozpustę?

Jedwabisty mus czekoladowy z konfiturą wiśniową

(z przepisu wyjdzie od 4 do nawet 8 porcji, w zależności od wielkości szklanek/pucharków)


Należy przygotować:
  • 200 g gorzkiej czekolady (połączenie 100 g mlecznej i 100 g gorzkiej również się sprawdza, ale smak musu traci wtedy trochę na intensywności)
  • 500 ml śmietanki kremówki (ja zwykle używam 36% - ubija się lepiej niż 30%, a w tym wypadku ma to ogromne znaczenie)
  • 2 świeże jaja ze sprawdzonego źródła (najlepiej dość duże)
  • 6 łyżek cukru
  • 4 łyżki mleka
  • szczyptę soli
  • konfiturę lub frużelinę wiśniową (200-250 g powinno wystarczyć)

Czekoladę wraz z mlekiem rozpuszczamy w kąpieli wodnej (lub w rondelku na małym ogniu, uważając przy tym, by jej nie przypalić) i odstawiamy do ostygnięcia. W tym czasie białka ubijamy ze szczyptą soli, a gdy mocno się spienią (powstanie taka luźna piana), zaczynamy po łyżce dodawać cukier. Ubijamy do momentu, kiedy będą sztywne i błyszczące (jak na bezę). Mocno schłodzoną kremówkę również ubijamy na sztywno. Do ostudzonej czekolady (może być letnia, ale nigdy cieplejsza) dodajemy żółtka i dokładnie roztrzepujemy rózgą albo krótko miksujemy. Rozpuszczoną czekoladę dodajemy do ubitej śmietanki. Najpierw ok. 2 łyżek, delikatnie mieszamy masę łyżką do połączenia składników, a później stopniowo resztę. Następnie partiami dodajemy ubite białka, najlepiej na trzy tury, a całość delikatnie mieszamy łyżką tak, by piana nie opadła. Do pucharków lub szklanek nakładamy po 2-3 czubate łyżki musu tak, by wypełnić naczynka mniej więcej do połowy. Dodajemy po kilka wiśni, a następnie przykrywamy je resztą musu. Na górze również możemy dodać kilka wisienek. Owoce będą się zapadać w mus, ale płynną częścią konfitury/frużeliny można narysować na powierzchni esy-floresy i jeśli zrobimy to delikatnie, to powinny pozostać widoczne. Jeśli chcemy, aby owoce pozostały na wierzchu, możemy ozdobić nimi deser po zastygnięciu, a przed samym podaniem. Pełne szklanki/pucharki wstawiamy do lodówki na minimum 6 godzin, a najlepiej na całą noc. Gotowy deser możemy ozdobić również kleksem z bitej śmietany z wisienką na czubku lub wiórkami z białej czekolady. Można też wetknąć w mus rurki waflowe, miniprecelki w czekoladzie lub ułożyć na nim pralinkę w ciekawym kształcie. Np. na walentynki świetnie wyglądałoby serduszko z białej czekolady. Wszelkie wariacje na temat jak najbardziej dozwolone, a nawet wskazane ;)


Kiedy mus przygotowuję dla gości,
podaję go zwykle w wysokich, przezroczystych szklankach
(jak na pierwszym zdjęciu),
ale gdy robię go na romantyczną kolację we dwoje,
wybieram takie urocze filiżanki :)
Smacznego!

poniedziałek, 26 maja 2014

Kolejne roladki, tym razem z mięsa mielonego

Z okazji Dnia Matki, a przy okazji również moich imienin postanowiłam się zmobilizować i dodać nowy przepis. To kolejny pomysł na zdrowy, względnie dietetyczny obiad, którego przygotowanie nie powinno przysporzyć Wam żadnych problemów. Nam bardzo smakował i na pewno powtórzę to danie nie raz i nie dwa, a może pojawią się jakieś nowe warianty ;) Jeśli chcecie go wypróbować, to wystarczy tylko chwilka pracy, hop do piekarnika i danie gotowe. Żeby też wszystko było takie proste ;)

Roladki z mięsa mielonego z warzywami

(przepis na 12 niewielkich roladek)


Do przygotowania roladek będziemy potrzebować:
  • 0,5 kg mielonego mięsa z kurczaka/indyka
  • 4 łyżki bułki tartej
  • 1 jajko
  • 3-4 niewielkie ogórki konserwowe
  • 1/2 cukinii
  • 1/2 papryki
  • przyprawy: zioła prowansalskie (lub inne ulubione, np. majeranek lub tymianek), sól morska, świeżo mielony czarny pieprz
  • 1-2 łyżki oliwy z oliwek

Dodatkowo do roladek proponuję (porcja dla 2 osób):
  • 3-4 ziemniaki
  • ok. 25 dag pieczarek
  • przyprawy: sól morska, zioła (te same, których użyliśmy do mięsa)

Mięso mielone mieszamy z jajkiem, bułką tartą i przyprawami na jednolitą, dość zwięzłą masę, odstawiamy na czas krojenia warzyw do lodówki. Ogórki, paprykę i cukinię kroimy w zbliżonej długości grube słupki. Na płaskie powierzchni rozwijamy kawałek folii aluminiowej lub spożywczej i smarujemy go cienko oliwą. Łyżką nabieramy porcję mięsa, którą układamy na folii i forujemy w prostokąt o grubości ok. 0,5 cm, którego krótszy bok będzie ciut dłuższy od naszych warzywnych słupków. Przy jednym z jego krótszych boków układamy po kawałku każdego warzywa i ciasno zwijamy, pomagając sobie przy tym folią. Zaklejamy boki, by warzywa nie wystawały. Postępujemy tak aż do wykorzystania całego mięsa, w razie potrzeby ponownie natłuszczając folię. Zwinięte roladki układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blasze i pieczemy w nagrzanym do 190 stopni C piekarniku przez ok. 35 min. W trakcie pieczenia można je raz odwrócić, by równomiernie się zrumieniły.


Ja roladki podałam z pieczonymi ziemniakami i pieczarkami. Ziemniaki pokroiłam wcześniej w ósemki, skropiłam oliwą, posypałam solą i ziołami, wymieszałam, ułożyłam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, a następnie wstawiłam do piekarnika na 10 min. przed włożeniem roladek. Pieczarki natomiast opłukałam i lekko posoliłam, a później wstawiłam do piekarnika równocześnie z mięsem. Tym sposobem wszystko było gotowe o tej samej porze :) Serdecznie polecam taki sposób przygotowywania obiadu!

Może roladki nie wyglądają bardzo wykwintnie i elegancko,
ale za to są przepyszne :) Smacznego!

niedziela, 11 maja 2014

Roladki z polędwicy wieprzowej i sezonowych warzyw

Od jakiegoś czasu staram się, by nasze obiady były nie tylko smaczne, ale również zdrowsze. Nie zawsze to wychodzi, ale tak jak napisałam, staram się, by tak było ;) Oznacza to ograniczenie cukru, soli, a także tłuszczu (głównie oleju) i wszelkich pustych kalorii. Kilka propozycji tego typu obiadów pojawiło się już na blogu. np. minizapiekanki z rybą i warzywamizimowa sola sauténietypowe klopsiki w delikatnym sosie pomidorowymdelikatna zupa porowa z kukurydzą i kurczakiemproste i szybkie, wegetariańskie leczozupa pomidorowo-imbirowa z zieloną soczewicą. Przyzwyczajam się do tego, by piec, zamiast smażyć i wykorzystywać w kuchni jak najwięcej warzyw. Przepis, który chcę dziś zaprezentować to kwintesencja zdrowego, pięknego, a także pysznego jedzenia :)

Roladki z polędwicy wieprzowej nadziane cukinią oraz kolorową papryką

(porcja dla 2-3 osób)


Potrzebujemy:
  • 1 sporą polędwicę wieprzową (moja ważyła ok. 0,5 kg)
  • 1 cukinię
  • 1/2 żółtej papryki
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 1 puszkę pomidorów
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • 100 g brązowego, naturalnego ryżu
  • przyprawy: sól morską, świeżo mielony czarny pieprz, tymianek, 0,5 łyżeczki cukru
  • 2 łyżki (+ odrobinę do natłuszczenia naczynia) oliwy (użyłam czosnkowej)

Polędwicę oczyszczamy z błon i tłuszczu i nacinamy z dwóch przeciwnych stron tak, by powstał jeden, duży płat. Mięso następnie przekrawamy na pół (w poprzek) i delikatnie rozbijamy każdy kawałek. Oprószamy solą, pieprzem i tymiankiem i odstawiamy na bok. 1/2 cukinii kroimy wzdłuż na cieniutkie plasterki (ja użyłam do tego tej strony tarki, która pozwala kroić np. ogórki na mizerię), które następnie docinamy tak, by zmieściły się na naszej polędwicy. 1/4 czerwonej i żółtej papryki kroimy w paseczki. Plastry cukinii układamy na mięsie, a na niej, z jednej strony paski obu papryk. Każdy kawałek ciasno zwijamy i okręcamy nitką (można też spiąć je wykałaczkami, ale ich akurat nie posiadałam). Na patelni rozgrzewamy oliwę. Podsmażamy nasze polędwiczki krótko, ale na mocnym ogniu i ze wszystkich stron do czasu, aż się trochę zrumienią. Roladki przekładamy wtedy do lekko natłuszczonego naczynia żaroodpornego, zlewamy do niego sok, który puściły podczas smażenia i pieczemy w nagrzanym do 180 stopni C piekarniku przez 35-40 min.



W tym czasie gotujemy w lekko osolonej wodzie ryż (mój brązowy gotuje się akurat 30 min.) i przygotowujemy leczo. Resztę cukinii i obu papryk kroimy na niewielkie, równe kawałki, np. w paski. Paprykę wrzucamy na rozgrzaną patelnię (ja użyłam tej patelni, na której smażyłam polędwiczki, i która pozostała po tym lekko tłusta). Podsmażamy 4-5 min. i dodajemy cukinię. Po ok. 1-2 min. dodajemy również pomidory z puszki i koncentrat. Doprawiamy solą, pieprzem, cukrem oraz tymiankiem i dusimy do chwili, kiedy warzywa zmiękną, ale zachowają ładny kształt.

Upieczone polędwiczki uwalniamy z nitek i odkładamy na 2 min, by odpoczęły. W tym czasie na talerze wykładamy ugotowany ryż oraz leczo. Roladki kroimy w plastry i układamy na ryżu i warzywach. Podajemy od razu :)



Smacznego!

czwartek, 1 maja 2014

Mój pierwszy chleb

Domowe pieczywo to jest to. Nie żadne sklepowe, nadmuchane buły czy watowaty chleb. Owszem, nawet w mojej okolicy, można dostać wspaniałe pieczywo doskonałej jakości, ale nic nie zastąpi tego zapachu podczas pieczenia. Mmmmm... :) Uwielbiam ten aromat. A później krojenie jeszcze ciepłego bochenka, bo nie mogę się doczekać, jak wyszedł i zajadanie się ciepłymi i chrupiącymi kromeczkami bez żadnych dodatków. No właśnie, nie mogłam się doczekać efektu, bo ostatnio, już jakiś czas temu odbył się mój chlebowy debiut. Do tej pory piekłam tylko bułeczki. Słodkie i wytrawne i z naprawdę dobrymi rezultatami, jednak chleba trochę się obawiałam. W sumie sama nie jestem w stanie stwierdzić dlaczego. W końcu, z powodu braku pieczywa na weekend, postanowiłam zmierzyć się z tym wyzwaniem. Przepis na tzw. nocny chlebek (i bardzo prosty, wręcz banalny, bez wyrabiania) już dawno spisałam z jakiegoś opakowania po mące (wcale nie typowo chlebowej, a bodajże typu graham) i pozostało go jedynie wypróbować. No to co? No to do dzieła :)


Chleb bez wyrabiania

(przepis na okrągłą formę nie większą niż 24 cm)



Należy przygotować:
  • 250 g mąki pszennej (może być zwykła, ale najlepiej byłoby użyć chlebowej)
  • 150 g mąki typu graham
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 20 g świeżych drożdży
  • 300 ml wody (w temperaturze pokojowej)
  • ok. 100 g suszonych pomidorów (zamiast pomidorów polecam również zielone oliwki lub zrumienioną na patelni cebulkę)

Do dużej miski przesiewamy mąkę. Jeśli na sitku zostały otręby, to ich nie wyrzucamy, ale również je dodajemy, a także łyżeczkę soli i łyżeczkę cukru. Obie mogą być z lekką górką. Do miseczki lub dużego kubka wkruszamy drożdże, zalewamy wodą i dokładnie rozpuszczamy. Suszone pomidory, których tym razem akurat użyłam, kroimy w ok. 1 cm kosteczkę. Do mąki wlewamy wodę z rozpuszczonymi drożdżami, dodajemy pokrojone suszone pomidory i mieszamy. Najlepiej zrobić to drewnianą łyżką i tylko do czasu połączenia składników (potrwa to nie dłużej niż 30 sekund). Masa powinna być w miarę jednorodna i na pewno będzie się kleić. To ciasto takie właśnie ma być. (Ja początkowo miałam pewne obawy, bo to coś, co uzyskałam w misce nie przypominało wcale gładkiego, elastycznego, drożdżowego ciasta, a raczej szarą maź. Postanowiłam jednak zobaczyć, co z tego wyjdzie i wyszło super!) Gotowe ciasto na chleb przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy na całą no do lodówki (ok. 12 godz. powinno być ok.). Rano wyciągamy wyrośnięte ciasto na obsypany mąką blat i składamy na wzór koperty. Najpierw górę i dół, a później boki do środka. Czystą ściereczkę szczodrze obsypujemy mąką i układamy na niej nasz bochenek, który z wierzchu również posypujemy obficie mąką, by się nie przykleił. Zawijamy w materiał i odstawiamy w ciepłe miejsce bez przeciągów. Czekamy aż podwoi swoją objętość, a nawet trochę dłużej. Ja na początku dałam chlebkowi tylko 1,5 godz. na wyrastanie i był naprawdę super, ale mój kolejny chleb wyrastał ok. 2,5 godz. i chociaż po pierwszym razie wydawało mi się, że to będzie niemożliwe, to był jeszcze lepszy. Chleb pieczemy w żaroodpornym naczyniu z pokrywką, które uprzednio rozgrzewało się wraz z piekarnikiem. Dlatego na jakieś 15 min. przed planowanym pieczeniem włączamy piekarnik, ustawiamy na 250 stopni i wkładamy do niego nasze puste naczynie. Idealny byłby żeliwny garnek, ale moje zwykłe szkło żaroodporne też daje radę. Kiedy chlebek ładnie wyrośnie, a piekarnik i forma do pieczenia będą już nagrzane, następuje najbardziej skomplikowana operacja. Gorące naczynie wyjmujemy z piekarnika i przekładamy do niego wyrośnięte ciasto, najlepiej nie parząc się przy tym ;) Później szybko je przykrywamy i wstawiamy znów do piekarnika. Pieczemy 30 min., a następnie zdejmujemy pokrywkę, ale przykrywamy chlebek kawałkiem folii aluminiowej i pieczemy kolejne 20 min. Po tym czasie w całym domu będzie na pewno pięknie pachniało, a nasz chleb będzie już na pewno gotowy. Upieczony bochenek wyjmujemy z naczynia i studzimy na kratce. Przyznaję, że mnie zdarza się często (no dobra, chyba za każdym razem, a było ich do tej pory kilka) kroić jeszcze lekko ciepły, a nawet gorący - to za pierwszym razem ;) Później już tylko delektujemy się wspaniałym, domowym pieczywem. Chlebek z tego przepisu jest przepyszny! Mięciutki, wilgotny i z rewelacyjną, chrupiącą skórką. Ja taki uwielbiam :) Na dodatek jego wielkim plusem jest to, że przechowywany w szczelnym, foliowym woreczku (oczywiście dopiero po całkowitym przestudzeniu), długo zachowuje świeżość. Ja piekę go zwykle w sobotę rano, a jeszcze w czwartek dojadam i nadal jest miękki. Chleb ten może więc przetrwać niemal tydzień i wiecie jaki jest jedyny efekt? Skórka traci chrupkość, staje się po prostu miękka i... tyle :) Dla mnie rewelacja! Polecam serdecznie.





Smacznego!

piątek, 18 kwietnia 2014

Tort czekoladowo-malinowy w wiosennej oprawie

Na większości blogów rządzą niepodzielnie babki i mazurki. Po moim mazurku pozostało już jedynie słodkie wspomnienie, a na same święta wybiorę raczej coś innego. Jutro na pewno spędzę trochę czasu w kuchni, bo jakby mogło być inaczej, ale chciałabym również wreszcie trochę odpocząć. Ostatnio mój organizm wyraźnie się tego dopomina, a ja zdecydowałam się w końcu go posłuchać :) Dlatego postanowiłam dziś dodać przepis na pyszne ciacho, a właściwie tort, który może stać się bohaterem zarówno wielkanocnego jak i urodzinowego stołu. Natomiast jutro oddam się kulinarnym eksperymentom, a później już tylko błogiemu lenistwu :) Ale, ale... Najpierw wspomniany tort. Nie byle jaki, wilgotny, nie przesłodzony, mocno czekoladowy, z dodatkiem malin i malinowej konfitury. Pyszności! Nie mogę się już doczekać, kiedy zrobię go latem ze świeżymi owocami. Nie wiem, czy to jest w ogóle możliwe, ale podejrzewam, że może być jeszcze lepszy! Kto jest ciekawy przepisu?

Wiosenny tort czekoladowy z malinami

(porcja na kwadratową formę o boku 20 cm)



Do biszkoptu będziemy potrzebować:
  • 7 jajek
  • 2/3 szklanki mąki tortowej
  • 2/3 szklanki naturalnego kakao
  • 1 szklankę cukru
  • szczyptę soli
  • 1 łyżeczkę proszku do pieczenia (opcjonalnie, ja daję proszek do pieczenia tylko wtedy, gdy piana z białek nie ubije mi się idealnie sztywno, a to czasem może zdarzyć się każdemu)

Do przełożenia:
  • 400 g malin - świeżych lub mrożonych (Jeśli używamy mrożonych malin, to dzień przed robieniem tortu należy przełożyć je z zamrażalnika do lodówki. Dzięki temu następnego dnia będą gotowe do użycia.)
  • 100 g konfitury malinowej
  • 50 ml wódki
  • cukier puder do smaku

Do kremu czekoladowego:
  • 500 g serka mascarpone
  • 100 g gorzkiej czekolady min. 70% kakao
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • ok. 6 łyżek cukru pudru

Do kremu śmietankowego:
  • 500 g śmietanki kremówki 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • cukier puder do smaku
  • 4,5 łyżeczki żelatyny
  • zielony barwnik

Do dekoracji:
  • lukier plastyczny w żywych kolorach
  • spożywcze pisaki (ja użyłam jedynie czarnego, do zrobienia oczek biedronkom)

Biszkopt (ten sam co w torcie LEGO):
Mąkę, kakao oraz proszek do pieczenia (jeśli go używamy) łączymy w misce, a później przesiewamy. Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka roztrzepujemy widelcem w miseczce, a białka ubijamy w dużej misce ze szczyptą soli. Gdy będą już sztywne, dodajemy po łyżce cukier. Ubijamy aż będą ładne i błyszczące jak na bezę. Następnie zmniejszamy obroty i dodajemy po troszeczku żółtka. Kiedy całość się połączy, wyłączamy mikser i zaczynamy dodawać suche składniki. Najlepiej po 2 łyżki na raz, delikatnie wszystko mieszając łyżką lub silikonową łopatką zanim dodamy kolejną porcję. Potrzeba przy tym odrobiny cierpliwości i wytrwałości, ale warto zrobić to naprawdę powoli i z wyczuciem. Tak, by piana nie opadła ani o centymetr. Po upieczeniu ciacho będzie wtedy lekkie i puszyste jak chmurka. Warto! :) Przelewamy masę do formy wyłożonej papierem do pieczenia (ja nawet do silikonowych foremek wykładam na dno docięty kawałek pergaminu), wstawiamy do nagrzanego do 170 stopni piekarnika i pieczemy ok. 30-35 min. Na koniec można sprawdzić patyczkiem. Wyciągamy od razu z piekarnika i upuszczamy blachę z biszkoptem na podłogę lub blat z wysokości ok. 40 cm. Dzięki temu biszkopt nie opadnie. Odstawiamy do ostygnięcia. Całkowicie ostudzony kroimy na trzy blaty i wyrównujemy krawędzie. (Ja zwykle nacinam sobie nożem tylko brzegi, by później całkowicie przekroić ciasto nitką. Ta metoda sprawdza się zawsze.)

Krem czekoladowy:
Obie czekolady łamiemy na niewielkie kawałki i rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Żelatynę rozpuszczamy w jak najmniejszej ilości gorącej wody (ok. 1/4 szkl.), dokładnie mieszamy, odstawiamy do lekkiego przestygnięcia. Mascarpone ubijamy z cukrem na puszysty krem, cały czas ubijając dodajemy przestudzoną czekoladę i żelatynę. Kiedy krem znacznie zwiększy objętość, jest gotowy. Masę dzielimy na 3 części.

Przełożenie tortu:
Konfiturę malinową łączymy z wódką i ok. 3-4 łyżkami soku, który wyciekł z rozmrażanych owoców (jeśli używamy świeżych malin, to zastępujemy go taką samą ilością owocowej herbaty), w razie potrzeby dosładzamy. Wierzchni blat biszkoptowy kładziemy na talerzu/paterze górą do dołu i rozsmarowujemy na nim połowę konfiturowej mikstury. Następnie układamy na nim dość gęsto 1/2 malin szerszym końcem do dołu. Na owoce wykładamy 1/3 kremu czekoladowego tak, by wypełnił przestrzenie pomiędzy owocami. (Ja używam do tego szprycy, by zachować ładne ułożenie malin i dokładnie wypełnić przestrzenie między nimi.) Na kremie układamy środkowy blat ciasta i lekko dociskamy. Rozsmarowujemy na nim resztę konfitury, układamy pozostałe maliny i wykładamy kolejną porcję kremu. Przykrywamy ostatnim, dolnym blatem biszkoptu spodem do góry i ponownie lekko dociskamy. Boki i wierzch tortu pokrywamy pozostałym kremem czekoladowym. Złożony tort wstawiamy do lodówki na ok. 1 godz. (Ja wszystkie powyższe etapy przygotowania tego tortu wykonałam dzień przed imprezą, na którą go szykowałam. Jedynie dekorację zostawiłam sobie na dzień następny, więc mój tort spędził na tym etapie całą noc w lodówce i serdecznie polecam tę metodę.)



Krem śmietankowy i dekoracja:
Żelatynę rozpuszczamy w ok. 1/3 szkl. wody, mieszamy i studzimy. Zimną kremówkę z mascarpone i cukrem pudrem ubijamy na sztywno na najwyższych obrotach miksera. Kiedy masa jest już bardzo gęsta dodajemy żelatynę (może być letnia) oraz zielony barwnik i miksujemy na najmniejszych obrotach do połączenia się składników i uzyskania jednolitego koloru. Gotowym, gęstym kremem od razu dekorujemy dobrze schłodzony tort. Przed podaniem wstawiamy go ponownie do lodówki na min. 2 godz.







Ja do dekoracji tortu użyłam szprycy z końcówką w kształcie sześcioramiennej gwiazdki (niestety moje końcówki nie mają numerków). Boki ozdobiłam, wyciskając krem z dołu do góry tak, by lekko wystawał ponad krawędź tortu, i imitował trawę, a wierzch pokryłam po prostu małymi rozetkami. Całość ozdobiłam przygotowanymi wcześniej z lukru plastycznego biedronkami, listkami i kwiatami (a jako, że tort był na urodziny, to również stosownym napisem), wciskając dekoracje lekko w krem. Trzymały się zaskakująco dobrze, a krem był sztywny, ładnie trzymał kształt i bardzo szybko zastygł. Z tego tortu byłam bardzo dumna i na samo wspomnienie buźka mi się uśmiecha. W sumie jak tu się nie uśmiechać na widok tak kolorowego, wiosennego tortu? :)

I co, znajdą się jacyś chętni na takie wiosenne ciacho? ;)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Prosty mazurek kajmakowy

Chyba każdy wie, że mazurki to wyjątkowe ciasta, które przygotowujemy tylko raz w roku, z okazji świąt Wielkiej Nocy. Skąd jednak pochodzi tradycja ich wypieku, jaką mają symbolikę, a w końcu jak je przygotować? Z jakiego rodzaju ciasta, czym przełożyć i najważniejsze, w jaki sposób udekorować? To już nie dla każdego jest jasne i wcale się temu nie dziwię. Obecnie mazurek sprowadzany jest często do płaskiego, kruchego placka z bardzo słodką marmoladą, i ani nie jest smaczny, ani przesadnie ładny. Cukrowe kurczaczki oraz bazie nie zastąpią bowiem tradycyjnej, bakaliowej dekoracji. Pozostaje więc pytanie, jaki w końcu powinien być ten mazurek? W dzisiejszej wizji tego wypieku zgadza się na pewno jedno. Ma być płaski, jednak wcale niekoniecznie kruchy. Dawniej mazurki bywały także drożdżowe, ale zwykle ich podstawę stanowiły wafle lub opłatek. Przekładane były słodką masą o dowolnym smaku, ale nigdy marmoladą. Mogła to być wyśmienita, domowa konfitura lub np. kajmak. Często spotykane było też orzechowe czy pomarańczowe nadzienie. Natomiast wierzch stanowiły zawsze wzory układane z najróżniejszych bakalii, a także owoców. W każdym domu pieczono ich wiele, nawet kilkanaście i koniecznie każdy inny. Taka tradycja na dobre zakorzeniła się w Polsce w XVII wieku, a przywędrować mogła do nas ze wschodu, prawdopodobnie z Turcji. Rzeczywiście w tamtejszej kuchni istnieją desery, które nieco przypominają mazurek zarówno formą, jak i smakiem. Przykład może stanowić popularna baklava, która jest słodkim, płaskim wypiekiem z dużą ilością bakalii. Także historia Polski zdaje się potwierdzać tę teorię, ale jak było naprawdę? Tego już się pewnie nie dowiemy. Wiadomo jednak, że ten typowo wielkanocny smakołyk miał początkowo swoją, trochę już zapomnianą symbolikę. Stanowił zwieńczenie trwającego 40 dni postu, dlatego był tak słodki oraz bogato dekorowany. To była swoista nagroda, ukoronowanie okresu pełnego wyrzeczeń, którym niegdyś był Wieki Post. Dziś niewiele osób o tym pamięta, jednak na przestrzeni ostatnich kilku lat popularność mazurków zdecydowanie wzrasta. Warto więc nieco odkurzyć tę tradycję i przypomnieć przepis, którego nie powstydziłyby się nawet nasze babcie, a może i prababcie? ;) Receptura, którą chcę Wam dziś zaproponować jest bardzo prosta, a pochodzi z książki kucharskiej "Kuchnia polska" z 1988 r., czyli ma tyle lat co ja, a prawdopodobnie nawet więcej ;) Spód stanowi delikatne, kruche ciasto, a nadzienie domowa masa kajmakowa z prawdziwą wanilią. Dzięki bakaliowej dekoracji nasz wypiek będzie również wspaniałą ozdobą wielkanocnego stołu. Serdecznie zapraszam :)

Mazurek kajmakowy

(ok. 20x30 cm)



Do przygotowania kruchego ciasta potrzebujemy:
  • 300 g mąki krupczatki
  • 200 g zimnego masła
  • 100 g cukru pudru
  • 3 ugotowane wcześniej żółtka

Do kajmaku:
  • 250 ml mleka,
  • 250 ml śmietanki kremówki 30-36%
  • 200 g cukru
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 laska wanilii

Do dekoracji:
  • dowolne bakalie, u mnie: suszone morele, suszona żurawina (ewentualnie rodzynki), płatki migdałów, orzeszki ziemne

Przesianą mąkę siekamy z masłem, a następnie dodajemy przesiany cukier i przetarte przez drobne, najlepiej metalowe sitko żółtka. (Istnieją dwie metody uzyskania ugotowanego żółtka. Oczywiście możemy ugotować całe jajka na twardo, białka zjeść, a żółtka wykorzystać do mazurka, ale wtedy pozbawiamy się możliwości wykorzystania w inny sposób surowych białek. Jeśli chcemy je wykorzystać do świątecznej baby lub bezy, potrzeba trochę więcej zachodu, ale wydaje mi się, że warto. Jajka należy wbić na talerz, uważając, by nie uszkodzić żółtka. Następnie delikatnie, łyżką przenosimy same żółtka do gotującej się wody. W ten sposób mamy i gotowane żółtka i surowe białka do dalszej obróbki.) Całość szybko zagniatamy, zawijamy w folię spożywczą i odkładamy do lodówki na 30 min. Na papierze do pieczenia rozwałkowujemy schłodzone ciasto na grubość 0,5 cm. Wycinamy prostokąt o wielkości ok. 20 na 30 cm. Z reszty ciasta formujemy wałeczki, które układamy na brzegach, tworząc podwyższony rant. Lekko dociskamy, np. widelcem, aby uzyskać dekoracyjny wzorek. Tak przygotowany spód chowamy do lodówki na kolejne 20 min. W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 190º C. Ponownie schłodzone ciasto układamy na płaskiej blaszce i pieczemy do zrumienienia – potrwa to ok. 15-20 min. Delikatnie wyjmujemy i studzimy.

Mleko i śmietankę gotujemy na niewielkim ogniu z cukrem oraz naciętą wzdłuż laską wanilii. Na początku nie trzeba mieszać, ale gdy masa zacznie się pienić i ciemnieć, należy jej uważnie pilnować i od czasu do czasu zamieszać. Kajmak jest gotowy, kiedy mocno zgęstnieje i nabierze barwy krówek. Może to potrwać nawet godzinę. Wyjmujemy wtedy wanilię i odstawiamy do lekkiego przestudzenia. Masło ubijamy na puch w oddzielnym naczyniu, a po chwili dolewamy cienką strużką masę kajmakową. Ubijamy jeszcze chwilę, a gdy całość nabierze konsystencji gęstej śmietany, wylewamy nadzienie na ostudzony spód. Wierzch wyrównujemy i od razu dekorujemy (uwaga, szybko zastyga). Odstawiamy do lodówki na minimum 4 godz., a najlepiej zostawić go w chłodzie na całą noc.


Następnego dnia kroimy na dowolne, ale raczej nieduże kształty
(mazurek jest bardzo słodki)
i podajemy w towarzystwie bab oraz innych świątecznych wypieków :)
Smacznego!

niedziela, 23 marca 2014

Intensywny tort czekoladowo-owocowy w kształcie ludzika lego - mój pierwszy tutorial

Po miesięcznej przerwie udało mi się znaleźć chwilę, by usiąść i napisać nowy przepis. No dobra, nie całkiem nowy, ale odświeżony :) Jeśli chodzi o torty, to będą takie dwa, a to pierwszy z nich. Zabierałam się za niego bardzo długo, bo będzie to raczej długi wpis. Chociaż sam tort nie jest wcale taki trudny, to jednak pracochłonny i wieloetapowy. Dlatego zwlekałam, ale w końcu się udało. Tort jest zdecydowanie wart zachodu. Wcale nie musicie od razu formować i dekorować go tak jak ja. Czekoladowy biszkopt przełożony tym kremem będzie wspaniałym deserem np. na niedzielę. Jednak postanowiłam tym razem pokazać Wam coś więcej. Torty robię chętnie i zawsze jest to dla mnie wyzwanie. Tym razem było naprawdę spore, biorąc pod uwagę kształt. Właśnie z tego powodu długo myślałam nad tym, czy w ogóle dodawać go na bloga. Sam przepis i zdjęcie końcowego efektu to byłoby według mnie za mało. W ten sposób powstał mój pierwszy tutorial. Wprawdzie nie mam wszystkiego krok po kroku, więc nie jest idealny, ale większość etapów została uwieczniona na zdjęciach i myślę, że daje radę. Chcecie zobaczyć, jak powstawał mój najbardziej skomplikowany do tej pory tort? Jeśli tak, to zapraszam na przepis i moje instrukcje, jak wykonać go samemu.

Biszkopt czekoladowy z kremem owoce leśne w kształcie ludzika lego (Lucy z filmu LEGO Przygoda)

(przepis na duży tort, ok. 25 na 40 cm)



Do biszkoptu będziemy potrzebować:
  • 10 jajek
  • 1 szklankę i 1 łyżkę mąki tortowej
  • 1 szklankę i 1 łyżkę naturalnego kakao
  • 1 i 1/2 szkl. cukru
  • odrobina soli
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia (opcjonalnie, ja daję proszek do pieczenia tylko wtedy, gdy piana z białek nie ubije mi się idealnie, a to czasem może zdarzyć się każdemu)

Do kremu o smaku owoców leśnych
  • 700 g mrożonej mieszanki owoców leśnych (u mnie były to: truskawki, maliny, jeżyny, czarne i czerwone porzeczki oraz wiśnie)
  • 500 g śmietanki 36%
  • 500 g serka mascarpone
  • 1 galaretkę (ja użyłam truskawkowej dla podbicia owocowego smaku)
  • cukier puder do smaku - w zależności od oczekiwanej słodkości/kwaśności kremu od 6 do 10 pełnych łyżek (do tortu pokrywanego lukrem plastycznym polecam mniej słodki krem)

Do kremu maślanego:
  • 250 g bardzo miękkiego masła (to bardzo duży tort i każdy element należy pokryć tym kremem, dlatego aż tyle)
  • 8 łyżek mleka
  • ok. 300-350 g cukru pudru
  • 1 łyżka naturalnego kakao
  • fioletowy barwnik (dzięki użyciu kakao i barwnika uzyskałam jagodowy kolor kremu)

Do nasączenia:
  • 1/2 szkl. mocnej, posłodzonej, owocowej herbaty z sokiem z 1/2 cytryny

Do dekoracji:
  • ok. 750-1000 g (w zależności od koncepcji) lukru plastycznego w różnych kolorach (ja użyłam gotowego)

Zaczynamy od upieczenia biszkoptów. Ja przygotowałam dwa. Najpierw jeden w dużej (ok. 27x36 cm), prostokątnej formie z 8 jajek. Następnie drugi z 4 jajek w keksówce. Okazało się, że biszkoptu wyszło trochę za dużo, więc w przepisie już nieco zmniejszyłam ilość składników, ale sposób pieczenia pozostaje ten sam. Będziemy więc potrzebowali dwóch blaszek wyłożonych na spodzie papierem do pieczenia. Jeden biszkopt przygotowujemy z 7, drugi z 3 jajek.

Biszkopt z 7 jajek:
2/3 szklanki mąki i 2/3 szklanki kakao oraz 2 łyżeczki proszku do pieczenia (jeśli go używamy) łączymy w misce, a później przesiewamy. Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka roztrzepujemy widelcem w miseczce, a białka ubijamy w dużej misce ze szczyptą soli. Gdy będą już sztywne, dodajemy po łyżce cukier (w sumie 1 szklankę). Ubijamy aż będą ładne i błyszczące, jak na bezę. Następnie zmniejszamy obroty i dodajemy po troszeczku żółtka. Kiedy całość się połączy wyłączamy mikser i zaczynamy dodawać suche składniki. Najlepiej po 2 łyżki na raz, delikatnie wszystko mieszając łyżką lub silikonową łopatką, zanim dodamy kolejną porcję. Potrzeba przy tym odrobiny cierpliwości i wytrwałości, ale warto zrobić to naprawdę powoli i z wyczuciem. Tak, by piana nie opadła ani o centymetr. Powiem szczerze, że czasem chce mi się bardziej, czasem mniej, ale jeśli się postaram, to gotowe ciasto na biszkopt ledwo mieści się w 2,5 l misce, a po upieczeniu ciacho jest lekkie i puszyste jak chmurka. Warto! :) Przelewamy masę do formy i wstawiamy do nagrzanego do 170 stopni piekarnika i pieczemy ok. 30-35 min. Na koniec można sprawdzić patyczkiem. Wyciągamy od razu z piekarnika i upuszczamy blachę z biszkoptem na podłogę lub blat z ok. 30-40 cm. Dzięki temu biszkopt nie opadnie. Odstawiamy do ostygnięcia.

Biszkopt z 3 jajek:
Z resztą składników postępujemy dokładnie tak samo, jak opisałam powyżej. Z tym, że biszkopt pieczemy w mniejszej formie, a masę możemy sobie przygotować w czasie, gdy duży biszkopt jest w piekarniku i później możemy już tylko zamienić blaszki.

Krem owoce leśne:
Owoce rozmrażamy i 1/2 całych owoców (pozostałe na razie odkładamy np. do miseczki) wraz z sokiem, który wypłynął umieszczamy w niewielkim rondelku. Na początek dodajemy 6 łyżek cukru i podgrzewamy, a gdy całość się zagotuje, trzymamy na niewielkim ogniu do zgęstnienia. Kiedy owoce się rozpadną i powstanie syrop, zdejmujemy z ognia i studzimy. Galaretkę rozpuszczamy w 1/4 szklanki wody i łączymy z syropem owocowym oraz odłożonymi wcześniej, całymi owocami. Zimny serek mascarpone i zimną kremówkę ubijamy na sztywno. Następnie dodajemy po trochu ostudzone owoce z galaretką. Delikatnie mieszamy, w razie potrzeby dosładzamy i odstawiamy do lodówki, do schłodzenia.


Wykrawanie kształtów i składanie tortu cz. 1:
Ostudzone biszkopty przekrawamy najpierw wzdłuż. Duży, ale niższy na 2 części, a mniejszy i wyższy na 3. Tułów i nogi będą stanowić 3 warstwy prostokątnego biszkoptu przekrojonego na pół. Mniejszy biszkopt dzielimy w stosunku 1 do 2, czyli po prostu odkrawamy od niego niewielki kawałek stanowiący mniej więcej 1/3 całości i mający kształt mniej lub bardziej przypominający kwadrat. Ta mniejsza część to będzie głowa naszego ludzika, a z drugiej, dłuższej wycinamy ręce. Kitkę wycinamy z pozostałej, jednej warstwy dużego biszkoptu. Ciasta powinno wystarczyć w sam raz. Każdy element bardzo delikatnie nasączamy i przekładamy kremem owocowym. Odstawiamy do lodówki. Ja boki wszystkich elementów również pokryłam warstwą tego kremu, żeby całość nieco wyrównać i ukryć niedoskonałości powstałe przy krojeniu biszkoptów oraz żeby wykorzystać cały krem. Ten sposób ma jednak jedną wadę. Później, już po schłodzeniu każdy element będziemy musieli pokryć jeszcze kremem maślanym, a jeśli wcześniejsza warstwa kremu owocowego będzie zbyt gruba, może okazać się to bardzo trudne, a krem nie będzie chciał się rozsmarować. Mnie jakoś to się w końcu udało, ale miałam chwile zwątpienia. Dlatego możecie spokojnie zrezygnować z tak dokładnego pokrywania boków poszczególnych elementów kremem owocowym i od razu rozsmarować na nich krem maślany.





Krem maślany:
Masło miksujemy na puch. Ciągle miksując, dodajemy 300 g cukru pudru i dolewamy cienką strużką mleko. Dodajemy kakao i barwnik, a jeśli krem jest wciąż zbyt rzadki to również jeszcze trochę cukru pudru. Na koniec powinniśmy uzyskać gęsty, gładki krem, który jednocześnie będzie się łatwo smarował na biszkopcie.




Składanie tortu cz. 2 i ostatnia:
Schłodzone elementy tortu pokrywamy cienką warstwą kremu maślanego. Tułów i nogi z wierzchu oraz na bokach. Głowę i ręce oraz kitkę ze wszystkich stron. Następnie całość w taki sam sposób dekorujemy rozwałkowanym dość cienko lukrem plastycznym (w zaleceniach na gotowym lukrze plastycznym, który można kupić w sklepach przeczytacie, że należy wałkować go na ok. 5 mm, jednak jest on tak słodki - to w 95% po prostu cukier, że ja zwykle staram się go rozwałkować jak najcieniej). Tułów z nogami pokrywamy nim jedynie z wierzchu i po bokach, a pozostałe elementy ze wszystkich stron. Całość dekorujemy wedle uznania. Ja miałam akurat zamówienie na konkretną postać z filmu animowanego LEGO, dlatego właśnie taki wzór. Jednak na podstawie tego przepisu możecie wyczarować naprawdę dowolnego ludzika, w dowolnych kolorach. Tort wstawiamy do lodówki przynajmniej na 3-4 godz., a najlepiej na całą noc. I... gotowe :) Satysfakcja i smak gwarantowane, a mina dziecka na pewno zrekompensuje poświęcony czas i pracę włożoną w przygotowanie takiego cuda. Podejmiecie wyzwanie? ;)




Mimo że tort nie był idealny, bardzo się podobał i smakował, a mnie rozpierała duma.
A najlepiej wyszło mi to, czego najbardziej się bałam, czyli buźka.
Czyż nie jest słodka? ;)

PS. Tak jak myślałam, post wyszedł dość długi, mam jednak nadzieję, że udało mi się wszystko dokładnie opisać. To, czego nie opisałam, sfotografowałam (albo zrobił to mój kochany P.). Starałam się większość etapów zobrazować zdjęciami, bo czasami lepiej coś zobaczyć. Poza tym opisywanie niektórych czynności nie jest wcale takie proste. W razie jakichkolwiek pytań i wątpliwości, służę pomocą :)